Revol SZOKUJE. „Oszukałam go i też czuję się zdradzona”

Udostępnij:

Spędziła z nim 14 godzin w temperaturze -40 stopni. Podawała lekarstwa, sprowadziła 900 metrów w dół. Elisabeth Revol opowiada Darii Górce o tym, co wydarzyło się na Nanga Parbat. Wyjątkowej więzi z Tomaszem Mackiewiczem, o tym jak trudno się jej pogodzić z tym, że wróciła sama. – Był mi jak brat. I teraz muszę przed sobą przyznać, że to ja go zostawiłam w górach, mimo że to nie była moja decyzja – mówi z trudem Francuzka. Materiał „Czarno na białym”. 

Przygoda Revol i Mackiewicza z Nangą Parbat zaczęła się przez przypadek, w 2015 roku.

– Miałam wspinać się na Nangę z Danielem Nardi, a Tomek był w górach sam. Okazało się, że Daniel nie dotrze na czas, a ja miałam za mało urlopu, by czekać. Zapytałam się Tomka, czy możemy wspinać się razem. On powiedział: czemu nie – wspomina Elisabeth.

– Pierwszy raz zobaczyliśmy się, gdy weszłam do jego pokoju, był zajęty rozmową z lokalnymi mieszkańcami. Bo, co trzeba podkreślić, on był nimi oczarowany. Więc w tym jego malutkim pokoju było ze dwudziestu Pakistańczyków. Gdy mnie zobaczył, krzyknął: o cześć Eli, fajnie cię widzieć. Zaczęliśmy dyskutować, rozmawiać o wszystkim i o niczym – dodaje.

Dla Tomka to był siódmy raz na Nanga Parbat, dla Revol czwarty.

– Myślę, że naprawdę byliśmy pod wrażeniem tej góry. Chcieliśmy osiągnąć ten szczyt razem, to było dla nas ważne – relacjonuje Elisabeth.

– No i przyszedł ten rok. Tomek powiedział mi w tym roku, że chce zakończyć historię z Nangą, potem może przejść do innych rzeczy, ale teraz naprawdę chce to zakończyć – wspomina.

Polsko-francuska para cel zrealizowała. Elisabeth została pierwszą w historii kobietą, która tego dokonała. Tomasz wreszcie spełnił swoje marzenie. Potem zaczął się dramat.

– Tomek powiedział mi na szczycie: Eli, nie widzę, widzę cię bardzo niewyraźnie, nie widzę twojej czołówki. Tylko tyle. Kiedy weszliśmy na szczyt, był już w takim stanie, że zaczynał tracić wzrok. Powiedział: co się ze mną dzieje. Jego pierwsza reakcja to nie było: osiągnąłem szczyt, tylko: nie widzę cię. Kiedy mi to powiedział, naprawdę się przeraziłam. Pomyślałam, że jesteśmy w ogromnym niebezpieczeństwie. Odizolowani, sami, gdzieś w górach, w bardzo trudnym terenie. Naprawdę czułam się przerażona. Myślałam: jak mogę mu pomóc, jak mogę pomóc sobie, jak ja dam sobie radę z nim i ze sobą? Czy uda mi się sprowadzić go z góry? – przypominała sobie Revol.

Zaczęła się prawdziwa walka. Walka o przetrwanie.

– Potem pomału zaczęliśmy schodzić, zaczęłam go sprowadzać, opierał się na moim ramieniu, używaliśmy kijka. Dałam mu lekarstwa. To mogłam zrobić na tej wysokości, ale widziałam, jak jego stan stopniowo się pogarsza. Miał odmrożony nos, potem zobaczyłam krew, która spływa mu z brody. Miał odmrożone ręce, nogi, robiłam wszystko, żeby mu pomóc, żeby postawić go na ścieżce, żeby szedł, ale on już nic nie widział, nie mógł się ruszać. Był w złym stanie i w warunkach, które ciągle ten stan pogarszały. Jesteśmy na wysokości niewiele poniżej ośmiu tysięcy metrów, jest noc, jest zima. To naprawdę ekstremalne warunki – mówiła.

O 23.10 czasu pakistańskiego Elisabeth wysłała pierwszą wiadomość, w której prosiła o pomoc. We Francji i w Polsce była godzina 19: „Tomek potrzebuje pomocy. Ma odmrożenia i nic nie widzi. Proszę wymyślcie coś, skontaktujcie się z Alim. Najszybciej jak się da” – wiadomość pokazał dziennikarce TVN24 przyjaciel Revol Ludovic Giambasi.

Wysłała ją z wysokości ponad 7500 metrów. Do trzech osób: do Anny, żony Tomka, do swojego męża Jeana-Christopha i do swojego przyjaciela Ludovica Giambasiego. – W tym momencie zaczęliśmy organizować pomoc, w pierwszej sekundzie wysłałem jej wiadomość „OK, działamy” i natychmiast zadzwoniłem do Aliego, agenta Eli i Tomka tam na miejscu w Pakistanie.

– Myśleliśmy o wielu rozwiązaniach, próbowaliśmy załatwiać helikoptery, zaalarmowaliśmy naprawdę wszystkich – tłumaczy Ludovic.

Kilkanaście osób, bliscy i przyjaciele Elisabeth i Tomka, urzędnicy i pracownicy ambasady Polski i Francji w Pakistanie i oczywiście ekipa spod K2 – wszyscy walczyli o uratowanie dwójki himalaistów uwięzionych na zabójczej górze. Bo żeby wyruszyć im z pomocą, potrzebna była nie tylko siła ekipy ratunkowej. Aby helikoptery wzbiły się w powietrze, potrzeba było też wielu politycznych wysiłków, zgody pakistańskiej armii i… gotówki.

– Wielokrotnie musieliśmy zmieniać plany, bo ciągle coś się nie udawało: raz chcieli więcej pieniędzy, innym razem była zła pogoda, ciągle mieliśmy kolejne problemy – wylicza Ludovic.

W tamtym momencie przejął on rolę osoby kontaktującej się z Elisabeth. „Czy masz namiot? Jak sytuacja? Tomek? Ty? Chyba powinniście jeszcze trochę zejść, żeby helikoptery mogły wlecieć” – tak brzmiał pierwszy SMS Giambasiego. „Załatwianie helikopterów trwa, robimy wszystko co w naszej mocy, ale spróbujcie zejść ile tylko się da” – to drugi.

Elisabeth odpisała: „Tomek jest w okropnym stanie, nie może się ruszać, nie jesteśmy w stanie rozłożyć namiotu. Trzeba go stąd ewakuować jak najszybciej” – czytamy.

Po kilku godzinach musiała podjąć trudną decyzję i zacząć schodzić sama.

– Kiedy zeszliśmy niżej, to ja mu udzieliłam pomocy, sprowadziłam go tak nisko, jak mogłam. A potem… To nie była decyzja, którą podjęłam sama. Powiedziałam o tym Tomkowi: słuchaj Tomek, jesteśmy na 7200 metrach, helikoptery mogą tutaj przylecieć, mam taką informacje na swoim telefonie. Ta decyzja została mi narzucona, to nie ja wybrałam, że chcę schodzić bez Tomka – relacjonuje.

– To my powiedzieliśmy Elisabeth, żeby schodziła sama. Okłamano nas. Do dla nas bardzo trudne, ale tak było. Powiedzieli nam, że mają w Pakistanie nowe helikoptery, które potrafią wlecieć naprawdę wysoko, podczas gdy normalnie w Pakistanie helikoptery tak wysoko nie latają. Ale zapewniano nas, że mają nowe, które wlecą – mówi Giambasi.

– Rząd pakistański powiedział, że helikoptery mogą przylecieć i to było kłamstwo, zabójcze kłamstwo. Ale nawet gdyby przyleciały, powinny być najlżejsze jak to tylko możliwe, nie mogły zabrać dwóch osób z takiej wysokości, więc najlepiej było, żeby Elisabeth zeszła najniżej jak się da, by helikoptery mogły zabrać Tomka, a w drodze powrotnej podebrać też ją. Bo na pierwszym miejscu było dobro Tomka, to on potrzebował pomocy – twierdzi Ludovic.

O 13:53 Elisabeth opuściła Tomka. Była z nim 14,5 godzin od wysłania pierwszej wiadomości SOS.

– Powiedziano mi: musisz zejść, bo nie możemy zabrać waszej dwójki z 7200 metrów; jeśli tam zostaniesz, nie damy rady zabrać i Tomka i ciebie, więc jeśli mamy pomóc waszej dwójce, ty musisz zejść. Więc nie ja wybrałam, nie Tomek wybrał, narzucono nam tę decyzję, i to jest ekstremalnie trudne. Bo ja wtedy myślałam, że zabezpieczam Tomka, schodzę niżej, a za trzy godziny przylatuje po niego pomoc – wspomina Revol.

Zeszła do 6700 metrów. Ale godziny mijały, a pomoc nie docierała.

– To było straszne. Byliśmy rozdzieleni. Nie miałam żadnych nowych informacji o jego stanie, martwiłam się o niego, nie mogłam mu pomóc. Byliśmy rozdzieleni i kompletnie odizolowani od świata, nie spałam 48 godzin, w noc przed szczytem nie mogłam, po zdobyciu szczytu… wiadomo, próbowałam organizować pomoc, było bardzo intensywnie. Kiedy przez 3-4 dni nie śpisz, nie jesz, jesteś w naprawdę złym stanie – kontynuuje. Tamtej nocy Elisabeth miała halucynacje. Widziała osobę, która podaje jej ciepły napój, w zamian miała oddać jej swojego buta. O świcie zorientowała się, że na lewej nodze ma tylko skarpetkę.

– Dalej nie było helikopterów. Przyjaciel napisał mi, że polska ekipa wyruszy na pomoc, ale dotrą do mnie dopiero kolejnego dnia rano. Miałam mętlik w głowie, powiedziałam sobie „teraz zaczynasz schodzić”, bo czułam, że muszę zacząć walczyć też o swoje życie. To stało się kwestią przetrwania – wspomina. Schodziła sama, z poważnymi odmrożeniami, ze świadomością, że Tomek został u góry, przekonana, że jest zdana tylko na siebie. – Wysłałem jej wiadomości, że ekipa ratunkowa się wspina, że Denis i Adam, po nią idą, ale ona nigdy tych wiadomości nie otrzymała. Wysłałem jej trzy wiadomości, ale ona ich nie dostała – mówi Giambasi. „Można było zrobić więcej” Czterech polskich himalaistów: Adam Bielecki, Denis Urubko, Piotr Tomala i Jarosław Botor z bazy pod K2 wyruszyli na pomoc Elisabeth i Tomkowi. Francuzkę uratowali, Mackiewicza nie mieli szans.

– To było magiczne. Wrzasnęłam, kiedy zobaczyłam te czołówki. Myślę, że uwolniłam cały ten stres, te wszystkie emocje. I powiedziałam sobie: tak, to się naprawdę stało – wspomina Revol.

– Mamy wrażenie, że nie skończyliśmy tego, co zaczęliśmy, ale nie można było zrobić więcej… Dla nas to ogromne zwycięstwo, że Elisabeth jest cała. Dla Tomka to ogromne zwycięstwo, że zdobył swój wymarzony szczyt – uważa Ludovic.

– To, co zrobili, ta wspinaczka, to coś niezwykłego, niespotykanego w całej historii alpinizmu i trzeba to podkreślić. Brawo chłopaki za siłę fizyczną i psychiczną. To nadzwyczajne – podkreśla Francuz.

Z Islamabadu Elisabeth została przetransportowana do szpitala w Sallanches we Francji, mieszczącego się u podnóża Mont Blanc. – Mamy tu najlepszych specjalistów od odmrożeń, pomagamy, gdy coś złego stanie się w górach. Jesteśmy referencyjnym szpitalem w tej dziedzinie w Europie, rocznie mamy wielu takich pacjentów jak Elisabeth – twierdzi doktor Frederic Champly.

Do niego trafiła też Elisabeth, z poważnymi odmrożeniami. – Na prawej ręce są bardziej poważne, bo często zdejmowała rękawiczkę, żeby pisać wiadomości. Ręce mają trzeci stopień odmrożenia, nogi czwarty, największy – pokazuje lekarz.

– Moje ręce są w dość dobrej formie, bo spotkałam na swojej drodze Adama i Denisa, ale jeśli chodzi o stopę tu sytuacja jest dużo trudniejsza – zdaje sobie sprawę Revol. Jest duże ryzyko amputacji.

– Chodzi o palce, resztę stopy raczej uratujemy. Ryzyko dotyczy czterech najmniejszych palców – dodaje doktor. Revol potrafi wyobrazić sobie życie bez palców u stóp. – Mam świadomość tego, że tak może się stać… no cóż, nie ma wyboru – mówi.

– To naprawdę nie jest problem. Problem, z którym musi poradzić sobie Elisabeth, to poukładanie sobie w głowie tego, co się stało. Bo to drugi raz, gdy w górach straciła partnera – dodaje doktor.

„Podała mu lekarstwa”

W 2009 roku Revol próbowała zdobyć Annapurnę. Podczas schodzenia ze szczytu zginął jej partner – Czech Martin Minarik, ona sama wyczerpana i z odmrożeniami została przetransportowana do szpitala helikopterem. Do wspinaczki wysokogórskiej wróciła po czterech latach.

– To jest niesamowicie dramatyczne, ale trzeba pamiętać, że to nie przez nią. Gdy się wpinasz, oddajesz się górom. To ta nieprzyjemna cześć alpinizmu i niektórzy muszą z tym żyć – twierdzi Masha Gordon, przyjaciółka Revol.

– Ale jest coś, co chciałabym wyraźnie podkreślić. To nie przez nią zginął Tomek. Ją prawdopodobnie czeka amputacja. Właśnie dlatego, że była z Tomkiem, nie zapominajmy o tym. Bo komuś kto siedzi na kanapie, łatwo jest powiedzieć: ona go zostawiła. Nie, nie zostawiła go. Spędziła z nim 14 godzin. W temperaturze -40 stopni była z nim przez całą noc. Czuje się wtedy -60. Podała mu lekarstwa, sprowadziła go 900 metrów w dół. Gdy jesteś tak wysoko, dochodzi do ciebie 20 procent tlenu, który mamy teraz. Ja to przeżyłam, więc mogę o tym mówić i mogę powiedzieć, że w takich warunkach nie możesz oddychać. Musisz wziąć pięć oddechów, żeby zrobić jeden krok – podkreśla Gordon.

Elisabeth opuściła już szpital w Salanches, ale to dopiero początek jej drogi powrotu do normalności. Normalności, którą Francuzka tak bardzo sobie ceni. Jest nauczycielką wychowania fizycznego, bardzo skromną osobą, mieszka w małej wiosce Saou z mężem, którego poznała w wieku 17 lat. Mąż prowadzi sklep z antykami. Inni mieszkańcy doskonale znają historię sąsiadki i polskiego alpinisty. Trauma, która szybko nie minie Revol jest w kontakcie z żoną Mackiewicza.

– Od razu, gdy poczuję się lepiej, muszę ją zobaczyć. Z Anią mamy sobie wiele do powiedzenia. Chcemy się zobaczyć, pragnę zobaczyć dzieci Tomka. Opowiedzieć im wszystko. Dla mnie to bardzo ważne, żeby podzielić się z nimi wszystkim, co przeżyliśmy tam na górze, wszystkim, co sobie powiedzieliśmy, wspinając się – podkreśla Francuzka. Jak ona znosi to, co się wydarzyło na górze? – Strasznie. To był mój najlepszy partner wspinaczkowy, był mi jak brat. I teraz muszę przed sobą przyznać, że to ja go zostawiłam w górach, mimo że to nie była moja decyzja. Zostawiłam go, ale powiedziałam mu wcześniej „pomoc nadejdzie”, czyli okłamałam go i ja też czuję się zdradzona. W tym momencie nie mogę tego zaakceptować, nie mogę się z tym pogodzić – zakończyła Revol.

loading...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *