Jedno określenie, rzucone mimochodem w piłkarskiej atmosferze, potrafi rozpalić dyskusję na długo po ostatnim gwizdku. Tym razem nie chodziło o skład, wynik ani decyzje sędziego. W centrum sporu znalazły się dzieci, ich tożsamość i słowo, które dla jednych brzmi neutralnie, a dla innych jest jak policzek.
Mecz w Kownie, honorowa trybuna i gest premiera
Październikowy wyjazd reprezentacji do Kowna skończył się dla Polski zwycięstwem 2:0. Bramki strzelili Sebastian Szymański i Robert Lewandowski, a kibice wracali do domu w dobrych nastrojach.
- Zobacz również: Ewa Krawczyk wprowadza zakaz na grobie Krzysztofa Krawczyka. Za jego złamanie grożą surowe kary
Na stadionie pojawił się też Donald Tusk. Premier oglądał mecz z trybuny honorowej, obok litewskiej premier Ingi Ruginiene. Po spotkaniu zrobił gest, który miał być miły i zwyczajnie ludzki: zaprosił do wspólnego kibicowania dzieci z Wilna.
I właśnie wtedy w tle wybrzmiało określenie, które stało się osią całej awantury.
„Polonijne dzieci z Wilna” i reakcja kapelana Nawrockiego
Duchowny Jarosław Wąsowicz, kapelan prezydenta Karola Nawrockiego, usłyszał to sformułowanie i nie ukrywał oburzenia. W rozmowie z Danielem Nawrockim w cyklu „Nawrocki w Polsce” powiedział wprost, że dla tych dzieci takie nazwanie jest dotkliwe.
„Dla nich największą obrazą jest powiedzenie, że są Polonią. Tak, jak zrobił to premier podczas ostatniego meczu. Kancelaria Premiera napisała, że Donald Tusk zaprosił dzieci polonijne z Wilna. To tak, jakbyś ich uderzył w twarz”
Wąsowicz podkreślił też, że w jego ocenie to nie jest detal językowy. To sprawa przynależności, historii i tego, jak państwo mówi o swoich rodakach mieszkających poza granicami.
„Nie możemy ich nazywać Polonią. To są Polacy, którzy zostali na polskich ziemiach i pilnują naszych narodowych tradycji, języka”
Mocne słowa poszły w świat błyskawicznie. I zaczęły żyć własnym życiem.
Dlaczego jedno słowo tak rozpala emocje
W potocznej polszczyźnie „Polonia” bywa wygodnym skrótem. Dla wielu oznacza po prostu Polaków mieszkających poza krajem. Problem w tym, że nie każdy, kto żyje za granicą, chce być wrzucany do jednego worka.
Dla części środowisk związanych z Wileńszczyzną różnica jest zasadnicza: „Polonia” kojarzy się z emigracją, wyborem życia poza Polską. A „Polacy z Wilna” czy „Polacy na Wileńszczyźnie” to w tej optyce ludzie, którzy nie wyjechali, tylko zostali tam, gdzie przez dekady przesuwały się granice. Właśnie w tym miejscu kapelan Nawrockiego stawia akcent najmocniej.
Kim jest ks. Jarosław Wąsowicz, kapelan Karola Nawrockiego
Jarosław Wąsowicz urodził się 19 czerwca 1973 roku w Gdańsku. Jest salezjaninem, czyli należy do zgromadzenia znanego z pracy z młodzieżą, edukacji i działalności wychowawczej. W przestrzeni publicznej funkcjonuje jednak nie tylko jako duchowny.
To doktor habilitowany, historyk Kościoła, autor książek i artykułów. W swoich pracach zajmuje się m.in. historią Kościoła w Polsce, martyrologią duchowieństwa w XX wieku oraz działalnością wspólnot katolickich w czasach PRL.
Wąsowicz jest też kojarzony z organizacją ogólnopolskich pielgrzymek kibiców na Jasną Górę. Przez lata był związany ze środowiskiem kibiców Lechii Gdańsk i nie ukrywał tej tożsamości. Dla jednych to dowód, że potrafi być „blisko ludzi”. Dla innych temat, który zawsze będzie budził pytania.
Nominacja na kapelana i polityczny ciężar funkcji
Gdy ogłoszono, że ks. Wąsowicz zostanie kapelanem prezydenta Karola Nawrockiego, sprawa natychmiast przestała być wyłącznie kościelna. Taka funkcja ma swoją symbolikę. To już nie jest zwykła parafia, nawet nie zwykła działalność społeczna.
Kapelan w Pałacu Prezydenckim działa w cieniu polityki, choć formalnie nie jest politykiem. I właśnie dlatego każda mocna wypowiedź wywołuje większy rezonans: jedni widzą w tym obronę wartości, inni – niepotrzebne dolewanie oliwy do ognia.
To nie tylko semantyka, to sygnał
W takich sytuacjach najłatwiej powiedzieć: „przecież chodzi o to samo”. Tyle że w debacie publicznej słowa są sygnałami. Pokazują, czy ktoś rozumie wrażliwość drugiej strony, czy jedzie skrótem.
Dla ludzi, którzy od pokoleń pilnują języka i tradycji w trudniejszych warunkach niż w Warszawie czy Gdańsku, etykietka może być odebrana jak pomniejszenie ich historii. A gdy do tego dochodzi polityczny kontekst – mecz, obecność premiera, kamera, emocje – wystarczy chwila i robi się burza.
