Wbiegła do studia z niemowlęciem i krzyknęła, że Jan Kulczyk żyje. Chwila, która wywróciła program do góry nogami Na początku wszystko wyglądało jak zwykła, poważna rozmowa w telewizji. Studio, temat trudny, ton spokojny. I nagle – ktoś pojawia się w kadrze, omija ochronę, w rękach trzyma dziecko. Widzowie przecierali oczy, bo to nie była ustawka ani „wejście gościa”. To był chaos na żywo. Dopiero po sekundach dotarło, o co chodzi. Padło zdanie, które natychmiast stało się paliwem dla internetu: „Jan Kulczyk żyje”.
Nikt nie spodziewał się takiego wtargnięcia do studia „Państwo w państwie”
Rok 2016. Emisja programu „Państwo w państwie” miała swój ciężar – rozmowa o ludzkim dramacie, emocje, napięcie. I wtedy do studia wbiegła Edyta Sieczkowska, trzymając niemowlę. Zanim realizatorzy i prowadzący złożyli w całość, co się dzieje, przekaz poleciał prosto do kamer.
Nie było czasu na „ładne kadry”. Była panika, zaskoczenie i próba opanowania sytuacji.
„Jan Kulczyk żyje” – oskarżenia wykrzyczane do mikrofonów
Kobieta nie bawiła się w półśrodki. Krzyczała, że Jan Kulczyk miał upozorować własną śmierć, a ona ma być dowodem, że opinia publiczna została oszukana. W tej samej opowieści pojawiły się też wątki o rzekomych dokumentach i o tym, że miała próbować zgłaszać sprawę nawet Donaldowi Tuskowi.
Całość brzmiała jak scena z sensacyjnego filmu, tylko że to nie był film. To leciało w eter.
Przerwana transmisja i reklamy. Telewizja nacisnęła hamulec awaryjny
W pewnym momencie realizatorzy przerwali program i weszły reklamy. Kobieta została wyprowadzona ze studia, a widzowie zostali z jednym, mocnym wrażeniem: „to się wydarzyło naprawdę”.
I choć samo wtargnięcie trwało chwilę, dyskusja trwała dużo dłużej. Bo temat śmierci Jana Kulczyka wciąż był świeży w pamięci wielu osób, a plotki o „zniknięciu miliardera” regularnie wracały w rozmowach i komentarzach.
Jan Kulczyk nie żyje, ale legenda wracała jak bumerang
Śmierć Jana Kulczyka w lipcu 2015 roku – według opisu – była nagła i dla wielu trudna do przyjęcia. Najbogatszy człowiek w kraju, mający dostęp do najlepszej opieki, odchodzi po zabiegu, który miał być rutynowy. Dla części osób to brzmiało nielogicznie, więc zamiast zatrzymać się na faktach, zaczęli dopisywać własne scenariusze.
Tak rodzą się miejskie legendy. I tak potem każda głośniejsza scena, każde „świadectwo”, każde krzykliwe zdanie dostaje drugie życie w sieci.
„Padły obietnice, potem zmiana zdania” – druga odsłona historii Edyty Sieczkowskiej
W tej historii pojawia się jeszcze jeden wątek: kobieta miała dostać obietnicę, że będzie mogła zabrać głos na antenie, ale ostatecznie redakcja nie dopuściła do jej występu, tłumacząc to procedurami i koniecznością weryfikacji dokumentów.
W przekazanym stanowisku padły słowa:
„Wysłuchaliśmy pani Edyty, ale musi postępować zgodnie z procedurą. Tłumaczyłam, że tak nie można zgłaszać się do programu. Musimy otrzymać dokumentację, aby ją zweryfikować. To jest długa i żmudna praca”
Później pojawiło się też mocniejsze doprecyzowanie, że media nie mogą podawać danych bez weryfikacji, a redakcja działa w określonych ramach.
To właśnie ten kontrast – najpierw emocja i obietnica „na wizji”, potem chłodne tłumaczenie – miał według opisu dodatkowo rozwścieczyć część widzów.
Takie sceny nie znikają. One zostają w pamięci i wracają przy każdej okazji, kiedy internet znów łaknie „tajemnicy”. I nawet jeśli nie pojawiają się żadne twarde dowody, sama historia zaczyna żyć własnym rytmem: ktoś przypomina fragment nagrania, ktoś dopisuje nowe „znaleziska”, ktoś wrzuca kolejne domysły.
A potem wystarczy jedno zdanie – i temat znów jest numerem jeden.
Cienka granica między dramatem a widowiskiem
W opisywanej historii najmocniej uderza to, jak szybko poważny program może zamienić się w arenę emocji. Telewizja chce prawdy, ale musi mieć też dowody. Widz chce kulminacji, ale nie zawsze ma cierpliwość do „żmudnej weryfikacji”. A człowiek w desperacji często nie myśli kategoriami procedur, tylko kategoriami: „muszę powiedzieć to teraz”.
I wtedy rodzi się konflikt, którego nie da się rozbroić jednym komunikatem.
