Blog

  • Farsa włodarzy z warszawskiej Ochoty na Reducie Ordona

    Farsa włodarzy z warszawskiej Ochoty na Reducie Ordona

    29 listopada 2022 r. na jednym z budynków powstał mural. Obecne były władze dzielnicy Ochota z Dorotą Stegienką na czele. Pokazali się mieszkańcom także zastępcy burmistrza Ochoty – Grzegorz Wysocki i Sławomir Umiński oraz Krzysztof Wojciechowski – przewodniczący Rady Dzielnicy. Podobna reprezentacja polityków z Ochoty widywana jest w towarzystwie wyższej rangi decydentów każdego roku dnia 6 września, przy symbolicznym pomniku obrońców Dzieła Nr 54, wystawionym przez społeczników i stojącym wśród ton pobliskich śmieci na terenie legendarnego szańca.

    Wówczas padają z ust uroczyście ubranych i uroczyście perorujących przedstawicieli samorządu Dzielnicy Ochota wielkie słowa o konieczności upamiętnienia mickiewiczowskiego szańca. To samo mamienie słowem realizowała tu zresztą poprzednia ekipa rządzących Ochotą pod wodzą Katarzyny Łęgiewicz. Tyle, że od wielu lat teren jest coraz bardziej zaniedbany, a słowa polityków stają się coraz bardziej haniebne i chyba już nikt w nie nie wierzy.

    Wysocki rzucił żwirek i pozamiatane…

    Co zrobiono na Reducie Ordona? Obietnic było wiele, a wykonano jeden mural i utwardzono prowizorycznie kawałek drogi, ale tylko do pomnika (dalej jest już ona wielką wyboistą kałużą). Teraz politycy mogą raz w roku podejść i brylować przed kamerami bez zakładania kaloszy…

    „Grzegorz Wysocki stworzył podwaliny na jakąś drogę (bez chodnika), bo już śmieszne było jak podczas oficjalnych uroczystości oficjele skakali do mikrofonu przez kałuże i błoto. Czekamy na dalsze dobrodziejstwa”

    – ironizował jeden z blogerów na portalu iochota.pl

    Część mieszkańców i społeczników ma już dosyć braku wstydu po stronie włodarzy dzielnicy i tego, że rokrocznie za własne pieniądze wywożą z Reduty Ordona tony śmieci, bo stanowisko archeologiczne przypomina dzisiaj bardziej śmietnik niż zabytek.

    „Domagamy się współpracy i podejmowania koniecznych decyzji dotyczących uzgodnienia formy upamiętnienia Reduty Ordona ze strony Generalnego Konserwatora Zabytków, Władz miasta stołecznego Warszawy oraz Zarządu Dzielnicy Ochota”

    – napisali do prof. Jakuba Lewickiego, Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków społecznicy ze Stowarzyszenia Przyjaciół Reduty Ordona.

    “Ochota musi się obudzić. Wystarczy już pustych obietnic samorządowców”

    – dodał Adrian Kłos, uczestnik badań archeologicznych na Reducie Ordona (zdjęcie z badań niżej), muzealnik, społeczny opiekun zabytków, współzałożyciel Pogotowia Archeologicznego i aktor kasowych filmów akcji.

    Pseudo ochrona Reduty Ordona vel śmietnika Na Bateryjce

    „Odzyskaliśmy działki w 2009 roku, a w 2010 już zostały zablokowane przez gminę. Głównym organem blokującym nas i stojącym za zbyt szerokim wpisem niemal całej okolicy do rejestru zabytków, był samorząd dzielnicy Ochota, a wpisano aż trzy hektary, czyli także teren oddalony znacznie od historycznej Reduty Ordona. Dzisiaj po cichu nawet archeolodzy przyznają, że przesadzono z rozmachem wpisu. Dlatego będziemy występować o odszkodowania i zadośćuczynienie. Chcemy rekompensaty głównie od Dzielnicy Ochota. Wysłaliśmy do władz Ochoty, resortu Kultury i władz miasta Warszawy tysiące petycji i pytań, kiedy odblokują nasze działki. Nikt nam na nie odpowiedział. Nikt nie reaguje. Nie możemy zrobić nic nawet tam, gdzie zrealizowane zostały już za nasze pieniądze naukowe badania archeologiczne. Póki co, musimy tylko płacić podatki za coś, z czego nie możemy korzystać i płacimy za oczyszczenie i uporządkowanie działek. Wywieźliśmy już z Reduty Ordona 40 kontenerów śmieci i gruzu”

    – skarżą się mieszkańcy działek przy ulicach Na Bateryjce i Bohaterów Września, cytowani niedawno przez portal Dorzeczy.pl

    „Do dzisiaj powyższe postępowanie (wniosek o pozwolenie na budowę budynku mieszkalnego zgodnie z zapisami planu miejscowego  – dop. Redakcji) jest zawieszone przez Wydział Architektury i Budownictwa w Dzielnicy Ochota, a sprawa negatywnej decyzji konserwatora została zaskarżona do Ministerstwa Kultury, gdzie do dnia dzisiejszego pozostaje bez żadnej odpowiedzi”

    – mówił Dorzeczy.pl prezes warszawskiej spółki deweloperskiej Dynamic Development, Wojciech Musiał, który także posiada działkę na terenie wpisanym do rejestru zabytków i zablokowanym przez tzw. ratowanie Reduty Ordona.

    Do głosu w sprawie Reduty Ordona przyłączyli się także działacze ze Stowarzyszenia Przyjaciół Architektury Warszawskiej.

    “Od dłuższego czasu naszą uwagę przykuwa zaniedbany i porzucony przez szeroko rozumiane władze samorządowe i państwowe, włączając urząd Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków teren Reduty Ordona. Ten stan utrzymuje się na tym historycznym obszarze od kilkunastu lat”

    – apelowali w marcu tego roku członkowie SPAW.

    Kwestię wstydu na Reducie Ordona, czyli stagnacji od przynajmniej 2013 r., czyli zakończenia badań archeologicznych Państwowego Muzeum Archeologicznego poruszyła także w tym roku Wirtualna Polska. Dziennikarze wp.pl opisali propozycję prywatnego dewelopera – Tremon Polska – , który chce zabudować część swojego terenu związanego ze stanowiskiem archeologicznym i jednocześnie współfinansować tu upamiętnienie powstańców (budowa muzeum, mauzoleum, pylonu, muralu itd.), na co nie stać było do tej pory władz państwowych i samorządowych.

    “Propozycja jest godna uwagi, chociaż nie zapadły żadne wiążące ustalenia w tej kwestii”

    – poinformował wp.pl reprezentujący dzielnicę Ochotę Jerzy Kowaliszyn, dodając, że zrealizowanie propozycji dewelopera “mogłoby pomóc w uporządkowaniu kwestii” magazynowanych od 13 lat szczątków żołnierzy.

    (na zdjęciu wizualizacja upamiętnienia Reduty Ordona przez Tremon Polska)

    Poza pustymi deklaracjami na Ochocie dalej nic się nie dzieje, a 6 września mieszkańcy i społecznicy raczej nie pozwolą burmistrzom i radnym na kolejne przemówienia pełne hipokryzji i farsy.

    Piotr Nowak

    (na zdjęciu głównym pomnik – widok z tyłu, od strony śmieci)

    Czytaj także:

  • UKE- macierzyństwo i cyfrowa rzeczywistość

    UKE- macierzyństwo i cyfrowa rzeczywistość

    Pogodzenie roli matki z rozwojem zawodowym i osobistym staje się możliwe dzięki zmianom w obszarze regulacji prawnych, które wspierają ten kierunek działań. Wprowadzenie unijnej dyrektywy work-life balance otwiera rynek pracy na realizację zawodową kobiet. Urząd Komunikacji Elektronicznej (UKE) oferuje stabilne zatrudnienie w branży IT, w sektorze państwowym.

    Kobiety chcą pracować

    Większość Polaków preferuje partnerski model rodziny, w którym oboje rodzice pracują i dzielą się obowiązkami rodzicielskimi i domowymi. Według raportu „Równi w domu, równi w pracy” z kwietnia 2022 r., przygotowanego na zlecenie Fundacji Share the Care, pracodawcy coraz bardziej dostrzegają potencjał kobiet i chcą je wspierać w rozwoju zawodowym.

    „Opieka rodzicielska jest jednym z najważniejszych czynników nierówności między płciami. Na początku XXI wieku badacze z całego świata wciąż odnotowują zjawisko tzw. motherhood penalty, czyli kary za macierzyństwo”

    – mówi Karolina Andrian, Prezeska Fundacji Share the Care.

    Aktualnie kobiety nie poprzestają na spełnianiu się w macierzyństwie, pragną rozwijać się zawodowo i godzić pracę z rolą matki. Tym postawom sprzyja realizacja unijnej dyrektywy work-life balance, a dokładniej dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej 2019/1158 z dnia 20 czerwca 2019 r., która m.in. ułatwia kobietom powrót na rynek pracy dzięki wprowadzeniu elastycznych form jej świadczenia i aktywizuje mężczyzn do korzystania z szerszych uprawnień rodzicielskich.

    Wprowadzenie dyrektywy work-life blance w Polsce w 2022 r. pomoże zniwelować niską podaż kobiet pracowników na rynku pracy, spowodowaną m.in. funkcjonującą od wielu lat w obszarach kulturowym i prawnym nierównością w możliwości jednoczesnego połączenia obowiązków rodzicielskich z interesami zarobkowymi rodziny.

    UKE wspiera kobiety

    Urząd Komunikacji Elektronicznej jest centralnym urzędem administracji rządowej, mającym realny wpływ na funkcjonowanie Państwa. Pracownicy UKE codziennie uczestniczą w projektowaniu cyfrowej rzeczywistości Polaków. Od wielu lat Urząd realizuje model społecznie odpowiedzialnego biznesu, charakteryzującego się nastawieniem sprzyjającym rozwojowi rodziny, wspierającego kariery kobiet oraz budowę integralności życia zawodowego i rodzinnego pracowników. Wprowadzenie dyrektywy work-life balance usankcjonowało dotychczasowe stanowisko UKE w tym zakresie.

    Jak UKE wspiera pracujące kobiety?

    Wychodzi naprzeciw obowiązkom wynikającym z ich życiowych ról. Elastyczne godziny pracy umożliwiają dowiezienie dziecka do szkoły, żłobka czy przedszkola bez obawy o możliwość spóźnienia. Praca zdalna daje kobiecie swobodę wyboru co do tego, gdzie i jak chce ją wykonywać. Warto podkreślić otwartość Urzędu Komunikacji Elektronicznej (UKE) na potrzeby pracownika w związku z koniecznością otrzymania dnia wolnego w pracy. UKE oferuje także dofinansowanie w zakresie płatności za żłobek dla dziecka.

    Co stanowi o atrakcyjności zatrudnienia?

    UKE to wiarygodny urząd administracji rządowej. Pracownicy zatrudniani są na umowę o pracę na etat lub część etatu, a gwarantowane im prawa są w pełni szanowane. Urząd oferuje atrakcyjne i konkurencyjne warunki do rozwoju zawodowego i kształci kadrę na wszystkich poziomach organizacji. Pracownicy biorą udział w szkoleniach krajowych i zagranicznych, mają możliwość realizowania zadań w międzynarodowym środowisku oraz blisko współpracują z sektorem przedsiębiorstw.

    W UKE funkcjonuje Indywidualny Program Rozwoju Zawodowego, w którym pracownicy mogą dokonać wyboru spośród trzech ścieżek rozwoju: zarządzania, trenerskiej lub urzędniczej. Można ubiegać się o dofinansowanie studiów podyplomowych oraz kursów. Zaangażowanie i dobre wyniki nagradzane są awansem finansowym, nagrodami uznaniowymi i dodatkami motywacyjnymi. Warto dodać, iż pracownicy UKE mają prawo do korzystania z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, dofinansowania wypoczynku, żłobków, sportu oraz kultury.

    Ogłoszenia o wolnych stanowiskach pracy w UKE są dostępne na tablicy ogłoszeń w siedzibie Urzędu, na stronie internetowej Biuletynu Informacji Publicznej UKE oraz na stronie internetowej Biuletynu Informacji Publicznej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Urząd Komunikacji Elektronicznej (UKE) jest centralnym urzędem administracji rządowej, w którym zasady rekrutacji regulują przepisy ustawy z dnia 21 listopada 2008 r. o służbie cywilnej (Dz. U. z 2022 r. poz. 1691).

    Agnieszka Winnik

    Źródło: uke.gov.pl

    Fot. Pixabay.com/UKE

  • Rafał Brzoska (InPost) dla CNN: Paczkomaty to przyszłość

    Rafał Brzoska (InPost) dla CNN: Paczkomaty to przyszłość

    – Paczkomaty to zdecydowanie przyszłość. Energia związana z dostawą do automatów, w naszym przypadku to jedna ósma siły roboczej i energii, którą trzeba zużyć na dostawę do drzwi – mówił w CNN prezes InPost. Rafał Brzoska gościł u legendarnego dziennikarza CNN Richarda Questa w jego programie „Quest Means Business”.

    Prezes spółki InPost udzielił w ostatnim czasie szeregu wywiadów czołowym amerykańskim i brytyjskim mediom. Rozmowa skupiła się między innymi o sytuacji na rynku.

    Rafał Brzoska z CNN

    – Widzimy dzisiaj, że konsumenci przechodzą z towarów droższych na tańsze substytuty. Przeszukują strony internetowe, aby znaleźć tańsze towary, więc wartość koszyka spada. Częstotliwość jest jednak nadal utrzymywana na tym samym poziomie

    – mówił Rafał Brzoska w CNN. Prowadzący program zadał pytanie, czy możliwe jest spowolnienie rynku.

    – Myślę, że w przypadku e-commerce jest to rodzaj wiatru w plecy. To zmiana w preferencjach konsumentów. Ale też mocno wierzymy – i obserwujemy – przynajmniej w naszych danych InPost – nowych użytkowników przychodzących na zakupy online. Klienci korzystają też częściej z dostawy „poza domem”. Dostawa do Paczkomatu jest wygodniejsza i tańsza

    – podkreślił Brzoska.

    Dziennikarz CNN Richard Quest zapytał, czy w związku z tym Paczkomaty to przyszłość?

    – Paczkomaty to zdecydowanie przyszłość. Energia związana z dostawą do automatów, w naszym przypadku to jedna ósma siły roboczej i energii, którą trzeba zużyć na dostawę „do drzwi”

    – odpowiedział prezes InPost Rafał Brzoska.

    Rafał Brzoska po zdominowaniu polskiego rynku przesyłek prowadzi szeroką ekspansję w Wielkiej Brytanii i we Francji. InPost jest europejskim liderem w swoim segmencie obecnym na 9 rynkach.

    Najnowsze dane InPost wskazują na dynamiczny rozwój sieci Paczkomatów. Zgodnie z danymi z końca czerwca 2022 roku na dziewięciu rynkach europejskich było ich niemal 25 tysięcy. Oznacza to przyrost o około cztery tysiące maszyn w ciągu pół roku. W Polsce jest około 18,5 tysiąca Paczkomatów. Na koniec tego roku spółka chce dysponować liczbą 20 tysięcy Paczkomatów w Polsce. Liczba Paczkomatów w Wielkiej Brytanii zwiększyła się do niemal czterech tysięcy, zaś we Francji jest to już ponad tysiąc maszyn.

    InPost działa na dziewięciu rynkach europejskich, w Polsce, Austrii, Hiszpanii, Portugalii, Wielkiej Brytanii, Włoszech, zaś pod marką Mondial Relay w Belgii, Francji i Holandii.

  • Pomysł na weekend?  I Kongres Radom Przyszłości! ATRAKCJE

    Pomysł na weekend? I Kongres Radom Przyszłości! ATRAKCJE

    Już w najbliższy weekend (1-2 października 2022 roku) w Radomiu, odbędzie się I Kongres Radom Przyszłości, w trakcie którego uczestnicy poruszą zagadnienia związane z transformacją cyfrową, nowoczesnym przemysłem, zagospodarowaniem przestrzennym oraz z decentralizacją administracji publicznej. Na uczestników czekają również wydarzenia towarzyszące – jak Spacer Szlakami Industrialnego Radomia oraz możliwość zwiedzenia nieotwartego jeszcze Lotniska Warszawa-Radom.

    Czym jest I Kongres Radom Przyszłości?

    I Kongres Radom Przyszłości to wydarzenie skierowane do przedsiębiorców oraz przedstawicieli świata nauki i administracji. Udział w Kongresie pozwoli na zapoznanie się̨ nie tylko z zagadnieniami dotyczącymi wpływu lotnisk na przestrzeń urbanistyczną miasta, ale również z analizą wpływu funkcjonowania tego typu inwestycji na rozwój regionu.
    Podczas wydarzenia, zaprezentowane zostaną dwa eksperckie raporty:

    • „Lotnisko, a region. Analiza wpływu funkcjonowania lotniska na rozwój subregionu radomskiego”;
    • „Miejsce Radomia w strukturze przestrzennej kraju. Przesłanki i kierunki zmian”.

    Będą miały miejsce bezpłatne wydarzenia towarzyszące dla każdego mieszkańca i przedsiębiorcy.

    Pierwszego dnia Organizatorzy zapraszają na Spacer Szlakami Industrialnego Radomia. Spacer rozpocznie się o godzinie 11:00, przy pomniku Jana Kochanowskiego. Kolejną atrakcją będzie możliwość zwiedzenia Lotnisko Warszawa-Radom im. Bohaterów Radomskiego Czerwca 1976, które odbędzie się drugiego dnia wydarzenia, o godzinie 14:00.

    Wydarzenia towarzyszące to unikalna szansa na poznanie samego miasta, jaki i nowej radomskiej inwestycji.

    Zarejestruj się już lub śledź transmisję!

    Na uczestników czeka wiele ciekawych dyskusji eksperckich, a także możliwość zwiedzenia nowej strategicznej infrastruktury Ziemi Radomskiej. To również szansa na zapoznanie się z działalnością Partnerów Kongresu. Wydarzenie oraz dodatkowe atrakcje dostępne są dla wszystkich osób, które zarejestrują się na wydarzenie za pośrednictwem linku: https://przemyslprzyszlosci.gov.pl/kongres-radom-przyszlosci/

    Transmisja Kongresu odbędzie się na kanałach społecznościowych:

    Facebook: https://www.facebook.com/events/1791583554529647
    Youtube: https://www.youtube.com/watch?v=wv2JUp3f02k

    Kongres został objęty Patronatem Honorowym: Adama Bielana – Posła do Parlamentu Europejskiego, Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej oraz Ministerstwa Rozwoju i Technologii.

    Partnerem strategicznym są: Przedsiębiorstwo Państwowe „Porty Lotnicze” oraz Lotnisko Warszawa-Radom.

    Partnerami wydarzenia: Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Agencja Rozwoju Przemysłu, Polskie Linie Lotnicze LOT, Giełda Papierów Wartościowych oraz Izba Przemysłowo-Handlowa Ziemi Radomskiej.

    Harmonogram wydarzenia dostępny jest pod adresem: htttps://kongres.przemyslprzyszlosci.gov.pl/

    *****

    Platforma Przemysłu Przyszłości to fundacja skarbu państwa, która pomaga w prowadzeniu procesów modernizacji i transformacji biznesu. Dzięki temu krajowe firmy mogą̨ stawać się̨ jeszcze bardziej konkurencyjne na rynku globalnym. Celem fundacji jest wytyczanie kierunków i budowa przemysłu przyszłości w Polsce. Eksperci FPPP udzielają̨ wsparcia w zakresie transformacji cyfrowej oraz działają̨ na rzecz rozwoju kadry przedsiębiorstw, organizują̨ szkolenia i promują̨ nowatorskie rozwiązania z obszarów: inteligentnej analizy danych, automatyzacji i robotyzacji, wirtualizacji procesów, wykorzystania przemysłowego Internetu rzeczy, użycia druku 3D, wdrażania chmury obliczeniowej, czy podnoszenia poziomu cyberbezpieczeństwo. Portal Platformy Przemysłu Przyszłości: https://przemyslprzyszlosci.gov.pl/.

    informacja prasowa/RW

  • Płonie sortownia Byś w Warszawie przy Wólczyńskie

    Płonie sortownia Byś w Warszawie przy Wólczyńskie

    Przy ul. Wólczyńskiej doszło do pożaru odpadów w znanej firmie zajmującej się sortowanie i odbiorem śmieci. Zadysponowane są cztery zastępy straży pożarnej. Możliwe, że niedługo zostaną wysłane kolejne – poinformowała jako pierwsza Warszawawpigulce.pl

    Mowa o sortowni śmieci firmy “Byś” znanej też jako BYŚ Wojciech Byśkiniewicz i Eko-Byś, która mieści się na warszawskich Bielanach przy ulicy Wólczyńskiej 249.

    “To już kolejny pożar w Bysiu. I to akurat teraz, kiedy ważą się losy dalszej rozbudowy tej firmy w Warszawie. To nie jest pustynia. To nie są peryferia. Jak nie smród to dym. To nie jest miejsce dla takich inwestycji”

    – mówi nam Jolanta Całka, prezes Stowarzyszenia Czyste Bielany, które jako pierwsze opublikowało zdjęcia pożaru.

    9 listopada 2021 r. media stołeczne informowały, że “przy ulicy Wólczyńskiej na Bielanach na terenie jednej z firm sortującej odpady doszło do pożaru śmieci na jednej z hal. Z ogniem walczyło 7 zastępów straży pożarnej”.

    20 stycznia br. na Wisłostradzie w kierunku Łomianek płonął z kolei pojazd firmy Byś przewożący odpady: https://www.facebook.com/plugins/post.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2Fstowarzyszenieczystebielany%2Fposts%2F2238567959641364&show_text=true&width=500

    Zła passa w firmie Byś trwa. Jak ujawnił dopiero 14 marca br. portal Medianarodowe.pl, firma została przyłapana na Kujawach w zeszłym roku.

    W odpowiedzi na pytania (…) dotyczące nielegalnych transportów odpadów, w których udział brały firmy BYŚ Wojciech Byśkiniewicz i Usługi Transportowe i Handel Zdzisław Dąbrowski, Kujawsko-Pomorski Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska informuje (że – dop. D.K.) Kujawsko-Pomorski WIOŚ prowadził czynności, w trakcie których stwierdzono udział przedmiotowych firm w transporcie odpadów do woj. Kujawsko-Pomorskiego. Niezgodność polegała na kierowaniu odpadów o kodach: 15 01 06 – zmieszane odpady opakowaniowe; 19 12 12 – Inne odpady (w tym zmieszane substancje i przedmioty) z mechanicznej obróbki odpadów (inne niż wymienione w 19 12 11) do nieuprawnionych podmiotów.

    – poinformował dziennikarza Medianarodowe.pl Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska w Bydgoszczy i dopytywany przez media potwierdził, że w sprawie nie zostały wystawione mandaty.

    fot. za FB Stowarzyszenie Czyste Bielany

  • Sawicki z wyrokiem! Elewarr wygrywa w sądzie

    Sawicki z wyrokiem! Elewarr wygrywa w sądzie

    Były minister Rolnictwa Marek Sawicki często wypowiada się na temat spółki Elewarr, znanej skądinąd głównie z czasów rządów PSL. To wówczas ujawniono taśmy prawdy w PSL i patologie w zarządzaniu spółką oraz podróże PSL-owskich dygnitarzy po całym świecie za pieniądze spółki zbożowej. Dzisiaj PSL-owski minister oskarża Elewarr. Za kilka swoich wypowiedzi na temat spółki Sawicki został pod koniec zeszłego roku skazany.

    „28 grudnia 2021 Sąd Okręgowy w Warszawie wydał wyrok w sprawie z powództwa spółki Elewarr przeciwko wiceprzewodniczącemu Klubu Parlamentarnego PSL, byłemu ministrowi rolnictwa, posłowi Markowi Sawickiemu o ochronę dóbr osobistych. Sąd uznał że poseł naruszył dobra osobiste przedsiębiorcy i nakazał przeprosiny. Wyrok, którego treść przytaczamy poniżej, jest nieprawomocny”

    – czytamy w najnowszym magazynie „Spichlerz” wydawanym przez Elewarr.

    Sąd nakazał Markowi Sawickiemu złożenie oświadczenia następującej treści:

    „Przeprosiny Marka Sawickiego dla Elewarr spółki z o.o. Ja, Marek Sawicki, polityk PSL, jako gość programu telewizyjnego TVP Info pt. „Minęła 8” z dnia 7.8.2019 r. stwierdziłem, że Elewarr spółka z o.o. jest bankrutem, względnie został doprowadzony do bankructwa, czym naruszyłem dobre imię tego przedsiębiorcy, a jako osoba udzielająca głosu dla Bussines Insider Polska do materiału prasowego z dnia 10.7.2021 r., stwierdziłem, że Elewarr spółka z o.o. jest na skraju upadłości, czym naruszyłem dobre imię tego przedsiębiorcy.

    Oświadczam, że nie istniały uzasadnione podstawy do sformułowania tych stwierdzeń.

    Przepraszam za to, że na skutek moich bezprawnych wypowiedzi doszło do niesłusznego podważenia renomy Elewarr spółki z o.o.

    Marek Sawicki”

    Z kolei w wywiadzie dla SwiatRolnika.info z 14 kwietnia 2022 r. Marek Sawicki odniósł się do kwestii Narodowego Holdingu Spożywczego, a przy okazji kolejny raz próbował zdyskredytować Spółkę Elewarr.

    „Niech Pan wyśle zapytanie do Elewarru, ile w roku minionym, a więc po ubiegłorocznych żniwach 2021, zakupili pszenicy, rzepaku, owca i jęczmienia, a jaką powierzchnię wydzierżawili wyłącznie podmiotom prywatnym. Z mojej wiedzy akcja skupowa Elewarru była bardzo, bardzo znikoma”

    – stwierdził w wywiadzie poseł Marek Sawicki, były minister rolnictwa.

    „Nie trzeba być wielkim analitykiem. Nawet z ogólnodostępnych danych wynika, że skup w ostatnich latach jest znacznie wyższy, a zwłaszcza wyższy niż za czasów prezesa Śmietanki czy Tomaszewskiego, to jest czasów, gdy ministrem rolnictwa był Marek Sawicki”

    – mówi nam Robert Wyrostkiewicz, redaktor naczelny magazynu „Spichlerz” i były redaktor naczelny magazyny “Świat Rolnika BIZNES”.

    W latach 2019-2020 Marek Sawicki twierdził w mediach, że Elewarr doprowadzono do bankructwa, upadłości, za co został pozwany przez Spółkę. Sąd Okręgowy w Warszawie w wyroku z dnia 28 grudnia 2021 r. uznał Sawickiego winnym naruszenia dóbr cywilnych Spółki i zobowiązał go do przeprosin na łamach strony internetowej klubu parlamentarnego koalicji polskiej (wyrok nieprawomocny), czego do tej pory nie Sawicki nie uczynił.

    Co ciekawe, Spółka Elewarr chwali się nie tylko tym, że unika złych wyników, o których mówił Sawicki, ale tym, że pod zarządem kierowanym przez prezesa Daniela Alain Korony osiąga bardzo dobre wyniki finansowe, najlepsze w całej historii Spółki. To jednak nie przemawia do polityków PSL, a pamięć o ich wybrykach w spółce okazuje się bardzo krótka.

    Fot. Gov.pl

  • Fire sale! Vivus staje się polską firmą!

    Fire sale! Vivus staje się polską firmą!

    Repolonizacja spółki vivusa stała się faktem. “Fire sale” to sprzedaż ogniowa, czyli sprzedaż towarów po wyjątkowo obniżonych cenach. Tak określił wykup menedżerski Vivusa od grupy należącej do rosyjskiego oligarchy Olega Bojko dzisiejszy “Puls Biznesu”.

    Do tej pory Vivusa postrzegany był jako jedyna firma, która zagroziła monopolowi Providenta. Dlatego część ekspertów twierdziła, że dzięki spółce Vivus rynek pożyczek krótkotrwałych został unormowany i stał się przyjazny dla konsumenta. Nie brakowało też wątków politycznych. Vivus pojawiał się w narracji medialnej przy projektach związanych z ustawą antylichwiarską. O dziwo wielu ekonomistów uważało, że Polacy powinni mieć wolny dostęp do świadczeń pozabankowych, a propozycje ustawy kreślonej przez PiS uderzą tak naprawdę w konsumenta i tradycyjną bankowość oraz stworzą nieznaną dotąd w tym obszarze szarą strefę.

    Vivusa zapamiętał się dla SEO także w wątkach politycznych. Potężna i znana Polakom firma była odmieniana przez wszystkie przypadki. Media prawicowe (np. tygodnik “wPolityce”) kojarzył Vivusa ze “znanym lobbystą” z Platformy Obywatelskiej. Inni pisali o związkach Vivusa z Prawem i Sprawiedliwością. W okresach wyborczych, zwłaszcza podczas ostatniej kampanii prezydenckiej dziennikarze zmieniali front i uznawali, że Vivus to Konfederacja, bowiem tam w dziale PR od lat pracuje brat Krzysztofa Bosaka, Marek Bosak. Nie brakowało złośliwości i pisania o “rosyjskiej firmie”.

    Wojna wszystko zmieniła

    Tajemnicą Poliszynela jest, że konkurencja spółki Vivus ożywiła się na wieść o ustawie sankcyjnej PiS. Lista firm, które rząd zamraża, wyklucza z przetargów publicznych itd. za związki z Rosją będzie zapewne po części uznaniowa. Vivus mógł na nią trafić z powodu wspomnianego Olega Bojko. Mogła nie pomóc mało znana informacja, że rodzina Bojko jest po części familią rosyjską, a po części ukraińską, co na wschodzie wcale nie jest rzadkością (nota bene rody Bojko, od Bojków (Łemków i Hucułów) to dawne ludy zamieszkujące kiedyś m.in. polskie Bieszczady).

    “Jeszcze miesiąc temu nikt w grupie 4Finance, do której należy Vivus Finance – jedna z największych w Polsce firm pożyczkowych – nie brał pod uwagę takiej możliwości. W raporcie rocznym, opublikowanym 2 marca, w kontekście Polski mowa jest tylko o wyzwaniach regulacyjnych, związanych z kolejną wersją ustawy antylichwiarskiej, nad którą pracuje Sejm”

    – czytamy w “Pulskie Biznesu”

    Po wybuchu wojny Vivus stracił miejsce w Związku Pracodawców Polskich. Spółka ostentacyjnie zaoszczędzoną składkę (ok. 50 tys. zł) przeznaczyła na pomoc Ukrainie (dokładając tę kwotę do już wydanego na cele charytatywne proukraińskie miliona złotych). Na tym się nie skończyło.

    “A jednak od wczoraj firma 4Finance nie prowadzi również biznesu w Polsce, gdyż w trybie hiperpilnym pozbyła się spółki Vivus Finance – w związku z Ukrainą, a raczej Rosją”

    – poinformował jako pierwszy “PB”.

    “12 kwietnia w Rydze doszło do wykupu menedżerskiego na rzecz Polki, Ewy Wernerowicz. Od wczoraj 4Finance nie prowadzi biznesu w naszym kraju. Wszystkie aktywa spółki Vivus Finance zostały sprzedane. O transakcji zostały już poinformowane władze Polski”

    – czytamy z kolei w artykule Roberta Wyrostkiewicza z Dorzeczy.pl pt. “Vivus całkowicie polski. Straszak PiS jednak działa”.

    “Skąd taka decyzja? Do tej pory oligarcha Oleg Bojko nie chciał sprzedawać Vivusa. Stanął pod murem dopiero po widmie utraty kontroli nad firmą z powodu procedowanej wczoraj w Sejmie RP ustawy sankcyjnej, która aktualnie czeka już tylko na podpis prezydenta Andrzeja Dudy. Dzięki temu straszakowi, który jeszcze nie jest prawem, Vivus został całkowicie spolonizowany”

    – dodaje Wyrostkiewicz.

    Dzisiaj Vivus ma całkowicie twarz polską, a właściwie twarz kobiety – Ewy Wernerowicz (na zdjęciu).

  • On to powiedział naprawdę! Minister Siarka straszy myśliwych: wszyscy stracicie koła!

    On to powiedział naprawdę! Minister Siarka straszy myśliwych: wszyscy stracicie koła!

    Nic nie zapowiadało skandalu. W siedzibie Polskiego Związku Łowieckiego odbyło się spotkanie wielkanocne zorganizowane przez Łowczego Krajowego Pawła Lisiaka i pracowników Związku. Gościem „jajeczka” był Eward Siarka, wiceminister Środowiska i Klimatu oraz pełnomocnik rządu ds. Łowiectwa i Leśnictwa.  

    Do niecodziennej sytuacji doszło na schodach w siedzibie PZŁ. Tam na ministra czekali myśliwi, którzyt zarzucili mu partyjne nominacje w PZŁ i nieudacznictwo nowego Łowczego Krajowego. Przyciśnięty do muru wiceminister środowiska i Klimatu Edward Siarka, któremu część myśliwych zarzuca nominowanie na Łowczego Krajowego znajomego męża Beaty Kempy – dra Pawła Lisiaka, w pewnym momencie nie wytrzymał. Słysząc skargi od myśliwych, m.in., że zabierane są im koła łowieckie, odparował bez zastanowienia.

     „Wszyscy którzy tutaj są, stracą koła”

    – zagroził myśliwym polityk Solidarnej Polski.

    Po kilku minutach minister uspokoił się i powiedział, że obwody stracą myśliwi na własne życzenie.

    Wcześniej do tych samych myśliwych przemówił prof. Paweł Piątkiewicz, prezes Naczelnej Rady Łowieckiej, która wybierana jest przez samych myśliwych. Piątkiewicz nie był zaproszony na wigilijną biesiadę w siedzibie PZŁ. Profesor poinformował, że już w marcu NRŁ rozwiązała kontrakt z Lisiakiem.

    Zgodnie z prawem PZŁ nie zatrudnia już Łowczego Krajowego, ten więc nie powinien otrzymywać pensji, ale jego funkcja nie ustała, ponieważ prawo przewiduje, że samej nominacji na to stanowisko dokonuje minister Środowiska i Klimatu.

    W tym przypadku chodzi o Annę Moskwę, która te kompetencje scedowała na swojego zastępcę – Edwarda Siarkę, myśliwego i jednocześnie pełnomocnika rządu ds. Łowiectwa i leśnictwa.

    Sytuacja kryzysu autorytetów w PZŁ jest bez precedensu. To samo dotyczy działań stricte politycznych wobec Związku.Dotąd nawet tak kontrowersyjne postacie w życiu politycznym jak prof. Jan Szyszko, w kwestii nadzoru nad łowiectwem cieszyły się uznaniem większości myśliwych niezależnie od ich poglądów politycznych.

    Czy Solidarna Polska na siłę utrzyma jako Łowczego Krajowego kolegę z łowiska męża Beaty Kempy, pomimo, że nie chce go znaczna część myśliwych, a sama Naczelna Rada Łowiecka wręcza mu czarną polewkę? Nie wiadomo. Wiadomo jedynie, że Lisiakowi zarzuca się, że jest figurantem. Sam Lisiak podczas dzisiejszego zajścia był obecny, ale nie zabrał głosu.

    A jak zakończyło się spotkanie z filmu? Ostatnio PZŁ reprezentuje na Facebooku niejaki Artur Hampel. Rozstrzygnięcia siłowe, to jedyne, co jeszcze chroni Łowczego Krajowego.

    “Już po opuszczeniu budynku zarządu przez ministra Siarkę pojawiła się Policja, która opanowała sytuację pacyfikując osoby zakłócające mir”

    – napisał Hampel. W innym wpisie opłacany z budżetu PZŁ Artur Hampel porównał Łowczego Krajowego do Załeńskiego, a prezesa Naczelnej Rady Łowieckiej sprzeciwiającego się upolitycznianiu PZŁ do Putina.

    Jak widać, propagandyści w PZŁ jadą po bandzie…

    fot. gov.pl

  • Legendarna aktorka bezwstydnie zaatakowała Karola Nawrockiego. Nie uniknie konsekwencji

    Legendarna aktorka bezwstydnie zaatakowała Karola Nawrockiego. Nie uniknie konsekwencji

    Joanna Szczepkowska nie zostawiła suchej nitki na wystąpieniu Karola Nawrockiego podczas Święta Wojska Polskiego. Aktorce nie spodobał się zarówno sposób, w jaki prezydent zwracał się do żołnierzy, jak i jego słowa o programie SAFE. Największe emocje wywołały jednak dwa historyczne fragmenty przemówienia. Szczepkowska zarzuciła Nawrockiemu błąd dotyczący wojskowych sztandarów, a na koniec wypomniała mu słowa o „obrońcach Monte Cassino”. W tym przypadku historia rzeczywiście daje podstawy do polemiki z prezydentem.

    Karol Nawrocki przemówił podczas Święta Wojska Polskiego

    15 sierpnia Warszawa i Gdynia stały się głównymi miejscami obchodów Święta Wojska Polskiego i 106. rocznicy Bitwy Warszawskiej. Na Wisłostradzie odbyła się defilada wojskowa, natomiast na Zatoce Gdańskiej zorganizowano paradę z udziałem ponad 20 okrętów. Tegoroczne uroczystości odbywały się pod hasłem „Polska SAFE – Bezpieczna Polska”.

    Do zabezpieczenia obu wydarzeń zaangażowano blisko 9 tys. żołnierzy. Bezpośrednio w warszawskiej defiladzie uczestniczyło około 1800 wojskowych, a widzowie mogli zobaczyć około 300 pojazdów oraz ponad 60 statków powietrznych.

    Podczas uroczystości głos zabrał prezydent Karol Nawrocki. W wystąpieniu dużo miejsca poświęcił bezpieczeństwu kraju oraz programowi SAFE. Przekonywał, że Wojsko Polskie nie potrzebuje obcojęzycznych określeń, aby definiować swoją rolę.

    Najwięcej komentarzy wywołały jednak jego słowa o wojskowych sztandarach. Nawrocki stwierdził, że „Bóg, Honor, Ojczyzna” widnieje na nich „od wieków”, przeciwstawiając tę dewizę określeniu SAFE.

    Te słowa nie spodobały się Joannie Szczepkowskiej.

    Joanna Szczepkowska uderzyła w Nawrockiego

    Aktorka i pisarka opublikowała obszerny komentarz, w którym odniosła się nie tylko do treści przemówienia, ale również do sposobu, w jaki prezydent zwracał się do zgromadzonych żołnierzy.

    Szczepkowskiej nie spodobało się między innymi głośne powitanie wojska słowami „czołem żołnierze”. Aktorka porównała wystąpienie Nawrockiego z przemówieniami Donalda Tuska i Władysława Kosiniaka-Kamysza. Sposób mówienia prezydenta określiła jako mający energię „kibolskiej agresji”.

    Według Szczepkowskiej żołnierz powinien być przedstawiany przede wszystkim jako obrońca państwa, dlatego agresywny, w jej ocenie, ton przemówienia był niewłaściwy.

    To oczywiście opinia aktorki dotycząca stylu wystąpienia, a nie stwierdzenie faktu. Znacznie łatwiej zweryfikować jednak jej kolejne zarzuty, bo dotyczą konkretnych wydarzeń historycznych.

    „Bóg, Honor, Ojczyzna” rzeczywiście nie było na sztandarach od wieków

    Szczepkowska zwróciła uwagę na słowa Nawrockiego, według którego dewiza „Bóg, Honor, Ojczyzna” znajduje się na sztandarach Wojska Polskiego „od wieków”.

    I właśnie tutaj prezydent użył dużego historycznego uproszczenia.

    W II Rzeczypospolitej na wojskowych sztandarach funkcjonowała dewiza „Honor i Ojczyzna”. Słowo „Bóg” zostało do niej oficjalnie dodane dopiero podczas II wojny światowej. Stało się to na mocy dekretu prezydenta RP Władysława Raczkiewicza z 15 października 1943 roku.

    Dekret zmieniał wcześniejsze przepisy z 1937 roku i nakazywał dodać słowo „Bóg” przed wyrazem „Honor”. Pełna formuła zaczęła więc funkcjonować na wojskowych sztandarach nie „od wieków”, lecz od nieco ponad 80 lat.

    W okresie PRL dewizę usunięto. Natomiast po zmianie ustroju napis „BÓG HONOR OJCZYZNA” ponownie znalazł się w regulacjach dotyczących sztandarów Sił Zbrojnych RP. Ustawa w tej sprawie została uchwalona w 1993 roku. Obowiązujące przepisy nadal przewidują umieszczanie tego napisu na sztandarze jednostki wojskowej.

    W tym punkcie krytyka Szczepkowskiej ma więc potwierdzenie w źródłach historycznych.

    Potem padło Monte Cassino. „Nawrocki do podstawówki!”

    Na tym jednak nie koniec. Podczas przemówienia Karol Nawrocki mówił również o patriotycznym wychowaniu kolejnych pokoleń Polaków. Wymieniając osoby i wydarzenia będące symbolami polskiej historii, wspomniał o „obrońcach Monte Cassino”.

    Sformułowanie natychmiast zwróciło uwagę komentatorów, ponieważ w 1944 roku sytuacja wyglądała odwrotnie.

    Polscy żołnierze 2. Korpusu Polskiego dowodzonego przez gen. Władysława Andersa nie bronili Monte Cassino przed atakiem. To oni uczestniczyli w zdobywaniu niemieckich pozycji. Niemcy bronili Linii Gustawa i rejonu wzgórza, natomiast żołnierze alianccy próbowali przełamać ich obronę.

    Po niezwykle ciężkich walkach 18 maja 1944 roku polski patrol wszedł do ruin klasztoru, a nad Monte Cassino zawisła biało-czerwona flaga. Zwycięstwo 2. Korpusu stało się jednym z najbardziej symbolicznych momentów w historii Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.

    Szczepkowska skomentowała ten fragment znacznie krócej. Padło: „Nawrocki do podstawówki!”

    Wpadkę dotyczącą Monte Cassino zauważyli zresztą nie tylko przeciwnicy polityczni prezydenta. Informowały o niej niezależnie m.in. Onet, WP i RMF FM.

    Wpis Szczepkowskiej wywołał polityczną dyskusję

    Wystąpienie Nawrockiego było mocno polityczne także w części dotyczącej SAFE. Prezydent od miesięcy krytykuje konstrukcję unijnego mechanizmu i przekonuje, że bezpieczeństwo Polski nie powinno zależeć od decyzji podejmowanych poza krajem. Taką argumentację przedstawiał również wcześniej w oficjalnych wystąpieniach.

    Rząd prezentuje program zupełnie inaczej. Podczas obchodów MON tłumaczył hasło SAFE jako zestaw czterech filarów: sojuszy, armii, fabryk i Europy.

    Spór Joanny Szczepkowskiej z prezydentem dotyczy więc częściowo politycznej oceny programu SAFE i stylu wystąpienia. Jednak w dwóch kwestiach historycznych można dokonać jednoznacznej weryfikacji. Pełna dewiza „Bóg, Honor, Ojczyzna” nie widnieje na wojskowych sztandarach „od wieków”, a żołnierze gen. Andersa walczyli o zdobycie Monte Cassino, nie o jego obronę.

  • Trzy emerytury premiera. Nie do wiary ile co miesiąc wpływa na konto Tuska

    Trzy emerytury premiera. Nie do wiary ile co miesiąc wpływa na konto Tuska

    Donald Tusk nadal stoi na czele polskiego rządu, ale jednocześnie od kilku lat pobiera świadczenia emerytalne. Z najnowszego oświadczenia majątkowego premiera wynika, że pieniądze trafiają do niego z trzech różnych źródeł: z polskiego ZUS, z systemu unijnego oraz z Belgii. Po przeliczeniu daje to około 38,5 tys. zł miesięcznie. A na tym dochody szefa rządu się nie kończą.

    Donald Tusk pobiera trzy emerytury

    Oświadczenie majątkowe Donalda Tuska za 2025 rok zostało podpisane 26 marca 2026 roku. W dokumencie premier wykazał trzy osobne świadczenia emerytalne. Największe pochodzi z Komisji Europejskiej i w całym roku wyniosło dokładnie 71 282,78 euro.

    Drugim zagranicznym świadczeniem jest emerytura z Belgii. W 2025 roku Donald Tusk otrzymał z tego tytułu 2504,50 euro. Do tego dochodzi polska emerytura z ZUS, która w ciągu roku wyniosła 144 423,77 zł.

    Łącznie dwa świadczenia wypłacane w euro dały w ciągu roku 73 787,28 euro, czyli średnio około 6149 euro miesięcznie. Polska emerytura oznacza natomiast średnio około 12 035 zł miesięcznie. Przy orientacyjnym kursie 4,30 zł za euro wszystkie trzy świadczenia dają około 38,5 tys. zł miesięcznie, czyli około 462 tys. zł rocznie. Warto zaznaczyć, że jest to wartość przybliżona, ponieważ ostateczna kwota w złotych zależy od kursu euro.

    Ponad 38 tys. zł miesięcznie tylko z emerytur

    Kwota może zwracać uwagę szczególnie dlatego, że Donald Tusk nie zakończył aktywności zawodowej. Nadal pełni funkcję Prezesa Rady Ministrów, a więc emerytury nie są jego jedynym źródłem dochodu. Oficjalna strona Kancelarii Premiera nadal wskazuje Donalda Tuska jako szefa polskiego rządu.

    Z oświadczenia majątkowego wynika, że w 2025 roku z tytułu pracy w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów otrzymał 294 977,52 zł. Oznacza to średnio około 24,6 tys. zł miesięcznie, choć nie należy traktować tego jako stałej miesięcznej wypłaty, ponieważ oświadczenie podaje sumę roczną.

    Do tego dochodzi dieta parlamentarna. W ubiegłym roku premier wykazał z tego tytułu 47 603,76 zł, w tym 36 tys. zł części nieopodatkowanej i 11 603,76 zł opodatkowanej.

    Na tym lista dochodów Donalda Tuska się nie kończy

    W oświadczeniu pojawiły się również inne wpływy. Donald Tusk wykazał 11 625,33 zł z praw autorskich oraz 181 euro odsetek od oszczędności. Wszystkie te kwoty są niezależne od jego trzech świadczeń emerytalnych oraz wynagrodzenia za pracę w KPRM.

    Przy orientacyjnym przeliczeniu zagranicznych świadczeń według kursu 4,30 zł za euro wszystkie wymienione w oświadczeniu dochody dają około 864 tys. zł w skali roku. To jednak jedynie przybliżenie służące zobrazowaniu skali wpływów, ponieważ część dochodów została wykazana w euro, a ich rzeczywista wartość w złotych zmienia się wraz z kursem waluty.

    Największą pojedynczą pozycją pozostaje emerytura związana z wcześniejszą pracą w instytucjach europejskich. Donald Tusk był przewodniczącym Rady Europejskiej w latach 2014–2019, zanim kilka lat później wrócił do krajowej polityki i ponownie objął urząd premiera.

  • Dramatyczny wygląd Danuty Martyniuk. Przykre powody drastycznej zmiany wyglądu…

    Dramatyczny wygląd Danuty Martyniuk. Przykre powody drastycznej zmiany wyglądu…

    Jeszcze kilka lat temu to Zenek Martyniuk przyciągał niemal całą uwagę mediów. Dziś coraz częściej mówi się również o jego żonie. Danuta Martyniuk przeszła ogromną metamorfozę: wyraźnie schudła, zmieniła sposób odżywiania, zdecydowała się na operację nosa i lifting twarzy, a także regularnie korzysta z zabiegów kosmetologicznych. Teraz poszła o krok dalej i całkowicie odmieniła fryzurę. Sama nie ukrywa, że do zmian popchnęły ją między innymi bolesne komentarze dotyczące wyglądu.

    Danuta Martyniuk schudła około 20 kilogramów

    Metamorfoza Danuty Martyniuk nie wydarzyła się z dnia na dzień. Żona lidera zespołu Akcent od dłuższego czasu konsekwentnie zmieniała swoje nawyki, a jednym z najbardziej widocznych efektów była utrata około 20 kilogramów. W różnych rozmowach podawała nieco odmienne liczby, jednak wielokrotnie mówiła o spadku wagi rzędu kilkunastu, a następnie niemal 20 kilogramów.

    Co ciekawe, Danuta Martyniuk otwarcie przyznała, że jednym z impulsów do odchudzania były komentarze internautów. Czytała w sieci uwagi dotyczące swojej figury i wyglądu, w tym porównania sugerujące, że wygląda znacznie starzej od swojego męża. Jak wspominała, krytyka mocno ją dotknęła i skłoniła do podjęcia decyzji o zmianie.

    Nie postawiła jednak na cudowną dietę. Z jej relacji wynika, że przede wszystkim ograniczyła słodycze, zaczęła jeść mniejsze porcje i pić więcej wody. W jednej z rozmów mówiła, że zmniejszyła porcje nawet o połowę. Z czasem ograniczyła również pieczywo i cięższe, bardziej kaloryczne produkty.

    W rozmowie z „Faktem” zdradziła też, że nie zamierza odmawiać sobie wszystkiego.

    „Zapycham się teraz czereśniami. Wiem, że są słodkie, ale uwielbiam je” – mówiła.

    Jednocześnie podkreślała, że przygotowuje lżejsze wersje domowych potraw i stara się rezygnować z pieczywa. Podobne zmiany miał wprowadzić również Zenek Martyniuk.

    Danuta odniosła się również do spekulacji dotyczących stosowania preparatów wykorzystywanych przy odchudzaniu. Zaprzeczała, aby korzystała z leków takich jak Ozempic, przekonując, że jej zmiana sylwetki była wynikiem diety i aktywności fizycznej.

    Lifting twarzy, operacja nosa, mezoterapia i botoks

    Sama utrata kilogramów to jednak tylko część przemiany. Danuta Martyniuk nigdy szczególnie nie ukrywała, że korzysta również z zabiegów poprawiających wygląd. Otwarcie wymieniała procedury, którym się poddała, zamiast przekonywać, że za wszystkim stoi wyłącznie dieta czy odpowiednia pielęgnacja.

    Żona Zenka Martyniuka ma za sobą między innymi lifting twarzy oraz operację nosa połączoną z korektą przegrody nosowej. Klinika, w której przechodziła część metamorfozy, informowała również o nieoperacyjnym liftingu wykorzystującym ultradźwięki i zabiegach mających poprawić napięcie skóry.

    Korekta nosa nie wynikała przy tym wyłącznie z kwestii estetycznych. Martyniuk mówiła, że miała poważne problemy z przegrodą nosową i oddychaniem. Zabieg miał więc również znaczenie zdrowotne.

    Na tym nie koniec. Celebrytka przyznała, że korzysta również z mezoterapii igłowej oraz botoksu. Zabiegi wykonuje regularnie, a dbanie o skórę traktuje jako jeden ze stałych elementów pielęgnacji.

    „Lifting twarzy zrobiłam. No robię mezoterapię igłową regularnie co miesiąc” – mówiła w rozmowie cytowanej przez VOX FM.

    Wcześniej wspominała też o stymulatorach tkankowych oraz technologii Sofwave. Wszystko razem sprawiło, że jej twarz zmieniła się równie mocno jak sylwetka.

    Teraz Danuta Martyniuk znów zmieniła wygląd

    W sierpniu 2026 roku Danuta Martyniuk pokazała kolejną odsłonę swojej metamorfozy. Tym razem nie chodziło już o wagę ani zabiegi. Żona gwiazdora disco polo zdecydowała się mocno odmienić fryzurę. Rozjaśniła włosy, przedłużyła je i zagęściła, stawiając na zdecydowanie jaśniejszy blond.

    Nowe nagrania szybko zaczęły krążyć w mediach, a pod zdjęciami pojawiło się mnóstwo komentarzy. Część internautów przyznawała, że początkowo miała problem z rozpoznaniem Danuty Martyniuk. Inni zwracali uwagę, że zmiana fryzury w połączeniu ze szczupłą sylwetką i zabiegami całkowicie odmieniła jej wizerunek.

    Metamorfoza żony Zenka Martyniuka jest więc efektem kilku lat zmian, a nie jednego zabiegu. Zmiana diety, utrata około 20 kilogramów, operacja nosa, lifting twarzy, mezoterapia, botoks, stymulatory tkankowe i wreszcie zupełnie nowa fryzura sprawiły, że dziś wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu. Sama zainteresowana nie robi z tego tajemnicy i otwarcie opowiada o tym, co zmieniła oraz z jakich zabiegów korzystała.

    https://www.instagram.com/p/DMh19SMx1-8/?utm_source=ig_embed&ig_rid=A9yPdCjw5rTWD1HsWp-N6AH

  • Nie żyje wielka Polka. Żałoba w Warszawie

    Nie żyje wielka Polka. Żałoba w Warszawie

    Nie żyje Krystyna Kodymowska ps. „Stokrotka”, sanitariuszka i łączniczka Armii Krajowej oraz uczestniczka Powstania Warszawskiego. Informację o jej śmierci przekazał Pomorski Urząd Wojewódzki w Gdańsku. W czasie niemieckiej okupacji jako nastolatka działała w konspiracji, a podczas powstania służyła w Szpitalu Wolskim. Po wojnie została prawniczką i przez wiele lat mieszkała w Gdyni. Miała 98 lat.

    Nie żyje Krystyna Kodymowska ps. „Stokrotka”

    Smutną wiadomość przekazał w poniedziałek, 17 sierpnia, Pomorski Urząd Wojewódzki w Gdańsku. Krystyna Kodymowska była jedną z żyjących do ostatnich lat uczestniczek Powstania Warszawskiego i aktywnie uczestniczyła w środowisku kombatanckim.

    Wojewoda pomorska Beata Rutkiewicz przekazała kondolencje rodzinie i bliskim zmarłej.

    „Z ogromnym smutkiem przyjęłam informację o śmierci Krystyny Kodymowskiej, uczestniczki największej akcji zbrojnej polskiego podziemia” – napisała wojewoda.

    Krystyna Stanisława Kodymowska, z domu Rafalska, urodziła się 21 kwietnia 1928 roku w Bydgoszczy. Gdy wybuchła II wojna światowa, była jeszcze dzieckiem. W maju 1940 roku jej rodzina została zmuszona przez Niemców do opuszczenia rodzinnego miasta. Rafalscy trafili najpierw do Ciechanowa, a następnie do Warszawy, gdzie zamieszkali na Woli.

    W okupowanej stolicy młoda Krystyna uczyła się na tajnych kompletach. W styczniu 1941 roku dołączyła do konspiracyjnego harcerstwa Hufca „Wola”. Kolportowała podziemną prasę, pomagała ukrywającym się rannym żołnierzom i uczestniczyła w przygotowywaniu paczek żywnościowych dla jeńców. Przed wybuchem powstania przeszła także szkolenie z łączności oraz znajomości warszawskich ulic i przejść.

    https://www.facebook.com/photo/?fbid=122350124516225177&set=a.122104193522225177

    Miała 16 lat, gdy wybuchło Powstanie Warszawskie

    Kiedy 1 sierpnia 1944 roku wybuchło Powstanie Warszawskie, Krystyna Kodymowska miała zaledwie 16 lat. Jej drużyna miała stawić się w Szpitalu św. Łazarza przy ulicy Leszno. Nie udało jej się jednak dotrzeć do wyznaczonego miejsca. Zgłosiła się więc do służby w pobliskim Szpitalu Wolskim przy ulicy Płockiej.

    Służyła jako sanitariuszka w strukturach „Bakcyla”, Sanitariatu Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej, w III Obwodzie „Waligóra” na Woli. W Powstaniu Warszawskim uczestniczyły również jej dwie siostry, Barbara i Danuta, które także pełniły służbę sanitarną w Szpitalu Wolskim.

    Dla całej rodziny pierwsze dni sierpnia 1944 roku okazały się tragiczne. 5 sierpnia Niemcy rozstrzelali ojca Krystyny, Stanisława Rafalskiego, przy ulicy Płockiej. Ona sama wraz z matką i siostrami została wypędzona z Woli i trafiła do obozu przejściowego Dulag 121 w Pruszkowie. Następnie kobiety wywieziono na roboty przymusowe. Krystyna została skierowana do ciężkiej, 12-godzinnej pracy na terenie dzisiejszej Legnicy.

    Po latach wspominała, że jednym z najważniejszych powodów wybuchu powstania była ogromna potrzeba wolności.

    „Żaden człowiek nie może żyć bez wolności. Jest w stanie walczyć o nią nawet gołymi rękami” – mówiła w 2020 roku.

    Po wojnie została prawniczką i zamieszkała w Gdyni

    Po zakończeniu wojny Krystyna Kodymowska rozpoczęła zupełnie nowy etap życia. W latach 1948–1952 pracowała w Banku Gospodarstwa Krajowego, a w 1952 roku ukończyła studia prawnicze w Toruniu. Cztery lata później przeniosła się na Wybrzeże. Najpierw mieszkała we Wrzeszczu i Sopocie, a od 1960 roku związała swoje życie z Gdynią.

    Pracowała jako radca prawny i należała do Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Przez kolejne dekady uczestniczyła w uroczystościach patriotycznych i spotkaniach poświęconych pamięci Polskiego Państwa Podziemnego oraz Powstania Warszawskiego.

    Jeszcze wiele dekad po wojnie opowiadała młodszym pokoleniom o okupacji, działalności konspiracyjnej i dniach Powstania Warszawskiego. Jej relacja została również utrwalona w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego.

    Krystyna „Stokrotka” Kodymowska zmarła w wieku 98 lat. Odeszła jedna z ostatnich osób, które jako nastolatki na własne oczy widziały okupowaną Warszawę i w sierpniu 1944 roku włączyły się w powstańczą służbę.

  • Pędzili autostradą pod prąd. Nie żyje 5 młodych osób, 4 zostały ranne

    Pędzili autostradą pod prąd. Nie żyje 5 młodych osób, 4 zostały ranne

    Pięciu nastolatków zginęło w potwornym wypadku na autostradzie M9 w Irlandii. BMW, którym jechali młodzi mężczyźni, poruszało się pod prąd i zderzyło się czołowo z prawidłowo jadącym Hyundaiem. W drugim samochodzie znajdowały się trzy kobiety i siedmioletni chłopiec. Wszyscy trafili do szpitali, a stan dwóch kobiet określono jako krytyczny. Śledczy badają teraz dokładne okoliczności tragedii.

    BMW jechało pod prąd autostradą. Pięciu nastolatków nie żyje

    Do tragedii doszło w niedzielę 16 sierpnia około godziny 3:00 nad ranem na autostradzie M9 w hrabstwie Kildare, pomiędzy węzłami 3 i 4, w pobliżu Moone. Służby otrzymały zgłoszenie o samochodzie jadącym na południe po jezdni przeznaczonej dla ruchu w kierunku północnym. Chwilę później doszło do czołowego zderzenia.

    W BMW znajdowało się pięciu nastoletnich chłopaków w wieku od 15 do 18 lat. Żaden z nich nie przeżył. Samochód został w wyniku uderzenia niemal całkowicie zniszczony. Według „The Irish Times” ratownicy początkowo wiedzieli o czterech ofiarach. Ciało piątej osoby odnaleziono dopiero podczas usuwania wraku.

    Ciała nastolatków przewieziono do Naas General Hospital, gdzie zaplanowano badania pośmiertne. Ich nazwiska pojawiły się już w lokalnych mediach, jednak początkowo Gardaí nie podawała oficjalnie danych wszystkich ofiar.

    W drugim samochodzie jechały trzy siostry i siedmioletni chłopiec

    BMW zderzyło się czołowo z Hyundaiem, którym podróżowała rodzina zmierzająca w kierunku lotniska w Dublinie. Według irlandzkich mediów trzy kobiety były siostrami, a towarzyszył im siedmioletni syn jednej z nich. Rodzina miała udawać się do Wielkiej Brytanii na uroczystość weselną.

    Skutki zderzenia były dramatyczne. Kierująca Hyundaiem oraz kobieta siedząca obok niej, obie w wieku około 30 lat, trafiły do szpitala w stanie krytycznym. Trzecia kobieta, mająca około 20 lat, oraz chłopiec odnieśli poważne obrażenia. Dziecko przewieziono do Children’s Health Ireland w Crumlin.

    Premier Irlandii Micheál Martin określił zdarzenie jako rezultat skrajnie niebezpiecznego zachowania na drodze. Podkreślił również, że w krótkim czasie był to kolejny poważny wypadek w Irlandii związany z samochodem jadącym niewłaściwą stroną autostrady.

    BMW wcześniej nie zatrzymało się przed policją

    W toku śledztwa wyszło na jaw, że BMW jeszcze przed katastrofą zwróciło uwagę funkcjonariuszy Gardaí. Samochód miał nie zatrzymać się na ich wezwanie w rejonie Athy. Jak podał przedstawiciel Garda Representative Association, gdy pojazd wjechał pod prąd na autostradę, funkcjonariusze otrzymali polecenie, aby go nie ścigać ze względu na ogromne ryzyko dla innych kierowców.

    „The Irish Times” informuje, że samochód miał dwukrotnie znaleźć się na niewłaściwej stronie M9. Za pierwszym razem kierowca zawrócił i opuścił autostradę w rejonie stacji benzynowej. Następnie BMW ponownie wjechało na M9 i ruszyło na południe jezdnią przeznaczoną dla ruchu w przeciwnym kierunku. Niedługo później uderzyło w Hyundaia.

    Sprawa została przekazana również do Fiosrú, irlandzkiego organu nadzorującego działania policji, ponieważ przed śmiertelnym zdarzeniem nastolatkowie mieli kontakt z Gardaí.

    Jazda pod prąd dla lajków? Policja mówi o niebezpiecznym zjawisku

    Po katastrofie pojawił się jeszcze jeden wyjątkowo niepokojący wątek. Komisarz Garda Justin Kelly zwrócił uwagę na przypadki młodych kierowców, którzy podejmują skrajnie ryzykowne zachowania na drogach, a następnie publikują nagrania w mediach społecznościowych. Jak zaznaczył, zdarza się, że jazda pod prąd podejmowana jest właśnie z myślą o zdobyciu popularności i polubień.

    Nie oznacza to jednak, że policja potwierdziła, iż pięciu nastolatków z BMW wjechało pod prąd wyłącznie po to, aby zdobyć lajki. W przypadku tego konkretnego wypadku Gardaí bada przede wszystkim wersję, według której kierowca próbował uniknąć zatrzymania przez funkcjonariuszy. Śledczy analizują także aktywność w mediach społecznościowych i wydarzenia poprzedzające katastrofę.

    Tragedia na M9 wywołała w Irlandii szeroką dyskusję dotyczącą niebezpiecznych zachowań młodych kierowców i publikowania w sieci materiałów pokazujących ucieczki przed policją czy jazdę pod prąd. Zaledwie tydzień wcześniej na autostradzie M50 doszło do innego czołowego zderzenia z udziałem pojazdu poruszającego się niewłaściwą stroną drogi. W tamtym wypadku rannych zostało dziewięć osób

  • Tragiczne wieści uderzyły nagle. Nie żyje uwielbiana aktorka. Polacy w głębokiej żałobie

    Tragiczne wieści uderzyły nagle. Nie żyje uwielbiana aktorka. Polacy w głębokiej żałobie

    Hayden Panettiere nie żyje. Amerykańska aktorka, którą widzowie na całym świecie poznali dzięki serialom „Herosi” i „Nashville”, zmarła w wieku zaledwie 36 lat. Informację o jej śmierci potwierdzili przedstawiciele gwiazdy oraz jej rodzina. Okoliczności nagłego odejścia aktorki są obecnie wyjaśniane.

    Hayden Panettiere nie żyje. Miała 36 lat

    Hayden Panettiere zmarła w niedzielę, 16 sierpnia. Aktorkę znaleziono nieprzytomną w kompleksie mieszkalnym w Greenville w Karolinie Południowej. Na miejsce wezwano służby ratunkowe, które podjęły próbę reanimacji. Biuro koronera przekazało później, że 36-latka została znaleziona w stanie zatrzymania krążenia. Ostatecznie stwierdzono jej zgon.

    Policja prowadzi postępowanie dotyczące okoliczności śmierci. Dotychczasowe ustalenia nie wskazują jednak na udział osób trzecich, a na ciele aktorki nie stwierdzono obrażeń sugerujących przemoc. Oficjalna przyczyna śmierci Hayden Panettiere nie została dotąd ogłoszona.

    W udostępnionych informacjach dotyczących wezwania służb pojawiła się wzmianka o podejrzeniu przedawkowania. Nie oznacza to jednak potwierdzenia przyczyny zgonu. Dopóki nie zostaną przedstawione wyniki postępowania i badań koronera, takie informacje należy traktować wyłącznie jako element prowadzonego dochodzenia.

    Rodzina aktorki przekazała za pośrednictwem jej ojca, Alana „Skipa” Panettiere, emocjonalne oświadczenie. Bliscy wspominali Hayden jako osobę pełną energii, miłości i radości, która pozostawiła po sobie ogromny ślad zarówno w ich życiu, jak i wśród milionów widzów. Rodzina poprosiła jednocześnie o uszanowanie jej prywatności w czasie żałoby.

    Kim była Hayden Panettiere?

    Hayden Panettiere była jedną z najbardziej rozpoznawalnych amerykańskich aktorek swojego pokolenia. Karierę rozpoczęła jeszcze jako dziecko. Występowała między innymi w operach mydlanych „One Life to Live” oraz „Guiding Light”, a później pojawiła się w głośnych produkcjach kinowych.

    Międzynarodową popularność przyniosła jej rola Claire Bennet w serialu „Herosi”. Grała nastoletnią cheerleaderkę obdarzoną niezwykłą zdolnością regeneracji. Serial zadebiutował w 2006 roku i szybko stał się jednym z największych telewizyjnych przebojów tamtego okresu.

    Kolejną ważną rolą w jej karierze była Juliette Barnes w serialu „Nashville”. Za tę kreację Panettiere otrzymała dwie nominacje do Złotego Globu. Widzowie mogli oglądać ją również w takich filmach jak „Tytani”, „Księżniczka na lodzie” czy kolejnych częściach serii „Krzyk”.

    Już jako dziewięciolatka została nominowana do nagrody Grammy za udział w albumie związanym z animacją Pixara „Dawno temu w trawie”, w której użyczyła głosu księżniczce Dot.

    Otwarcie mówiła o uzależnieniu i depresji poporodowej

    Za sukcesami zawodowymi kryła się bardzo trudna historia osobista. Hayden Panettiere przez lata otwarcie mówiła o uzależnieniu od alkoholu i opioidów, problemach psychicznych oraz depresji poporodowej. W wywiadzie dla „People” przyznała, że przez długi czas tkwiła w destrukcyjnym cyklu używania substancji, który niemal zniszczył jej życie i karierę.

    W maju 2026 roku ukazała się jej autobiografia „This Is Me: A Reckoning”. Panettiere opisała w niej między innymi doświadczenia związane z dorastaniem w show-biznesie, macierzyństwem, traumą, uzależnieniem, przemocą oraz powrotem do zdrowia.

    Aktorka była matką córki Kai, którą urodziła w 2014 roku. Ojcem dziewczynki jest były mistrz świata w boksie Władimir Kliczko. W 2018 roku Panettiere podpisała dokumenty przekazujące Kliczce pełną opiekę nad córką. Po latach przyznawała, że była to jedna z najboleśniejszych decyzji w jej życiu. Jednocześnie podkreślała, że pomimo życia osobno utrzymywała z córką bardzo silną więź.

    Kilka lat wcześniej zmarł jej młodszy brat

    Życie Panettiere naznaczyła również nagła śmierć jej młodszego brata. Jansen Panettiere zmarł w lutym 2023 roku, mając zaledwie 28 lat. Rodzina przekazała wówczas, że przyczyną jego śmierci była kardiomegalia, czyli powiększenie serca, połączona z komplikacjami dotyczącymi zastawki aortalnej.

    Hayden wielokrotnie mówiła później o ogromnym bólu po stracie Jansena. Jeszcze w autobiografii i podczas publicznych wystąpień w 2026 roku wracała do tego wydarzenia jako jednego z najtrudniejszych doświadczeń swojego życia.

    Hayden Panettiere pozostawiła 11-letnią córkę Kayę oraz rodziców. Miała 36 lat. Oficjalna przyczyna jej nagłej śmierci pozostaje obecnie nieznana.

  • Śmigłowiec runął tuż przy lądowisku. Nikt nie przeżył

    Śmigłowiec runął tuż przy lądowisku. Nikt nie przeżył

    Trzy osoby zginęły w katastrofie prywatnego śmigłowca na greckiej wyspie Sifnos. Maszyna rozbiła się w poniedziałek, 17 sierpnia, podczas podejścia do lądowania. Po uderzeniu o ziemię wybuchł pożar. Wśród ofiar znalazło się brytyjskie małżeństwo przebywające w Grecji w podróży poślubnej oraz doświadczony grecki pilot.

    Katastrofa śmigłowca na Sifnos

    Do tragedii doszło w poniedziałkowe popołudnie w rejonie Tholos na greckiej wyspie Sifnos, gdzie znajduje się lokalne lądowisko dla śmigłowców. Prywatna maszyna typu Bell 206 wcześniej wystartowała z rejonu Markopoulo w Attyce i zmierzała w kierunku wyspy.

    Śmigłowiec znajdował się już bardzo blisko miejsca planowanego lądowania. Według greckich mediów maszyna spadła około 50 metrów od lądowiska, zanim pilot zdążył zakończyć manewr podejścia.

    Po uderzeniu o ziemię pojawił się gwałtowny pożar. Na miejsce skierowano strażaków oraz służby ratunkowe. Podczas akcji gaśniczej odnaleziono ciała wszystkich trzech osób znajdujących się na pokładzie. Grecka straż pożarna informowała, że zgłoszenie o katastrofie wpłynęło około godziny 18.17 czasu lokalnego.

    Mimo że do wypadku doszło w pobliżu zabudowań, nie odnotowano uszkodzeń okolicznych domów.

    Wśród ofiar brytyjscy nowożeńcy

    W pierwszych godzinach po katastrofie służby nie podawały danych osób znajdujących się na pokładzie. Późniejsze informacje pozwoliły jednak ustalić ich tożsamość.

    Ofiarami byli Alexander Cromie i Marie Ebert, brytyjskie małżeństwo, które przebywało w Grecji podczas podróży poślubnej. Razem z nimi zginął pilot Giorgos Raikos. Według greckich i brytyjskich mediów był on bardzo doświadczonym lotnikiem, wcześniej związanym z lotnictwem wojskowym.

    Śmigłowiec miał pozostawić pasażerów na Sifnos, a następnie wrócić do swojej bazy. Do katastrofy doszło zaledwie kilka minut przed planowanym lądowaniem.

    Co było przyczyną katastrofy?

    Przyczyna wypadku nie została jeszcze oficjalnie ustalona. Świadkowie, których relacje przytaczają greckie media, mieli słyszeć przed katastrofą nietypowy dźwięk dochodzący z maszyny. Pojawiły się również relacje mówiące o problemach śmigłowca podczas ostatniej fazy lotu. Nie oznacza to jednak, że potwierdzono awarię techniczną.

    Śledztwo w sprawie katastrofy prowadzą greckie służby odpowiedzialne za badanie wypadków transportowych. Analizowane mają być między innymi stan techniczny śmigłowca, przebieg lotu, warunki pogodowe i działania pilota. Dopiero zakończenie postępowania ma odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Bell 206 rozbił się tuż przed lądowaniem na Sifnos.

  • Donald Tusk podjął pilną decyzję. Chodzi o wypadek polskiego autokaru na Węgrzech

    Donald Tusk podjął pilną decyzję. Chodzi o wypadek polskiego autokaru na Węgrzech

    Po tragicznym wypadku polskiego autokaru na Węgrzech premier Donald Tusk zdecydował o wysłaniu specjalnego samolotu z medykami i przedstawicielami Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W katastrofie zginęło 12 osób, a dziesięć kolejnych znajduje się w bardzo ciężkim stanie. Polscy lekarze oceniają, czy ranni mogą zostać bezpiecznie przetransportowani do kraju.

    Rząd wysłał specjalny samolot na Węgry

    Decyzję o natychmiastowym wysłaniu pomocy podjął premier Donald Tusk. Na pokładzie specjalnego samolotu znaleźli się przedstawiciele polskiego rządu, pracownicy służb konsularnych oraz sześcioosobowy Zespół Pomocy Humanitarno-Medycznej.

    W skład grupy medycznej weszli anestezjolog, chirurg, ortopeda oraz trzech ratowników medycznych. Na Węgry udali się również wiceminister zdrowia Katarzyna Kacperczyk i wiceminister spraw zagranicznych Wojciech Zajączkowski.

    Polscy specjaliści odwiedzają szpitale, do których trafili poszkodowani. Wspólnie z węgierskimi lekarzami oceniają stan pacjentów, możliwości kontynuowania leczenia w Polsce oraz warunki ich bezpiecznego transportu.

    W gotowości pozostają samoloty Lotniczego Pogotowia Ratunkowego oraz wojskowa maszyna CASA. W Polsce przygotowano miejsca dla rannych między innymi w placówkach w Rzeszowie i Warszawie.

    12 osób zginęło w katastrofie na autostradzie M3

    Do tragicznego wypadku doszło w nocy z soboty na niedzielę około godziny 1 na węgierskiej autostradzie M3, w pobliżu miejscowości Mezőkeresztes. Autokar poruszał się w kierunku Nyíregyházy. Na prostym odcinku drogi pojazd zjechał z jezdni, przewrócił się i wpadł do rowu.

    Autokarem podróżowało 59 obywateli Polski, w tym 57 pasażerów i dwóch kierowców. Byli to przede wszystkim mieszkańcy Strzyżowa i okolicznych miejscowości na Podkarpaciu, wracający z pielgrzymki do Medziugorie w Bośni i Hercegowinie.

    W wyniku katastrofy śmierć poniosło 12 osób. Dziesięcioro poszkodowanych znajduje się w bardzo ciężkim stanie, natomiast 37 osób odniosło lżejsze obrażenia. Ranni zostali przewiezieni do kilku węgierskich szpitali.

    W poniedziałek rano wojewoda podkarpacka Teresa Kubas-Hul poinformowała, że zidentyfikowano siedem spośród 12 ofiar śmiertelnych. Procedura identyfikacyjna nadal trwa.

    Pomoc dla rannych i rodzin ofiar

    Polskie służby pozostają w stałym kontakcie z władzami Węgier oraz rodzinami uczestników pielgrzymki. Zapowiedziano pomoc psychologiczną, konsularną i organizacyjną. Firma ubezpieczająca uczestników wyjazdu zadeklarowała pokrycie kosztów sprowadzenia ciał ofiar do Polski.

    Na Węgry dotarł również autokar zastępczy wysłany przez firmę przewozową Michael z okolic Jasła. Pojazd ma zabrać do kraju osoby, których stan zdrowia pozwoli na podróż drogą lądową.

    O sposobie przetransportowania ciężko rannych zdecydują lekarze. Pod uwagę brane są zarówno samoloty LPR, jak i wojskowa ewakuacja medyczna.

    Prokuratura bada przyczynę tragedii

    Śledztwo w sprawie katastrofy w ruchu lądowym wszczęła Prokuratura Okręgowa w Krośnie. Polscy śledczy wystąpili o zgodę na udział w czynnościach prowadzonych przez węgierskie organy.

    Dokładna przyczyna wypadku nie została dotąd ustalona. Jedna z analizowanych hipotez zakłada, że kierowca mógł zasłabnąć lub zasnąć za kierownicą. Śledczy zbadają między innymi zapisy tachografu, stan techniczny autokaru oraz organizację pracy kierowców.

    Ostateczne wnioski będą możliwe dopiero po zakończeniu oględzin pojazdu, przesłuchaniu świadków i uzyskaniu opinii biegłych.

  • Przeżyła wypadek polskiego autokaru na Węgrzech. Ujawniła porażające szczegóły tragedii

    Przeżyła wypadek polskiego autokaru na Węgrzech. Ujawniła porażające szczegóły tragedii

    Tragiczny wypadek polskiego autokaru na Węgrzech pochłonął życie 12 osób. Dziesiątki pasażerów zostały ranne, a część z nich nadal przebywa w szpitalach. Jedna z ocalałych kobiet opowiedziała, co działo się wewnątrz pojazdu. Jej relacja pokazuje skalę dramatu, który rozegrał się w ciągu zaledwie kilku sekund.

    Wypadek polskiego autokaru na Węgrzech

    Do tragedii doszło w nocy z soboty na niedzielę, około godziny 1:00, na autostradzie M3 w pobliżu miejscowości Mezőkeresztes we wschodniej części Węgier. Autokar jechał w kierunku Nyíregyházy. Pasażerowie wracali do Polski z pielgrzymki do Medziugorie w Bośni i Hercegowinie.

    Na pokładzie znajdowało się 57 pielgrzymów oraz dwóch kierowców. Większość podróżnych pochodziła z województwa podkarpackiego. Na prostym odcinku drogi pojazd nagle zjechał z jezdni, wpadł do rowu i przewrócił się.

    W katastrofie zginęło 12 osób. Co najmniej 10 pasażerów odniosło ciężkie obrażenia, natomiast kolejnych 37 osób zostało lżej rannych. Poszkodowani trafili do szpitali w kilku węgierskich miastach, między innymi w Miszkolcu, Debreczynie i Egerze. W chwili przyjazdu służb część podróżnych znajdowała się pod przewróconym pojazdem lub była uwięziona pomiędzy wyrwanymi siedzeniami. Bilans tragedii potwierdziły węgierskie służby oraz zagraniczne agencje informacyjne.

    Czytaj także: Autobus runął do 100-metrowego wąwozu. Dziesiątki ofiar tragicznego wypadku

    Polka opowiedziała o dramatycznych chwilach

    Z jedną z rannych pasażerek porozmawiali dziennikarze Agencji Reutersa. Helena Tłuczek z Lubeni przebywała w szpitalu w Miszkolcu. Kobieta doznała obrażeń żeber, barku i kręgosłupa. Uderzyła się również w głowę.

    W chwili wypadku rozmawiała przez telefon z koleżanką przebywającą w Polsce. Nagle poczuła potężne uderzenie, a autobus zaczął się przewracać. Kobieta próbowała przytrzymać się elementów wyposażenia, jednak siedzenia zostały wyrwane razem z mocowaniami.

    „Wszystkie siedzenia zostały wyrwane. Ludzie leżeli pod fotelami, wszyscy krzyczeli o pomoc”.

    Wewnątrz pojazdu panowała całkowita ciemność. Wokół leżały bagaże, fragmenty wyposażenia oraz oderwane fotele. Ranni pasażerowie próbowali wydostać się z wraku, jednocześnie wołając o pomoc dla osób, które nie mogły się poruszyć.

    Mimo odniesionych obrażeń Helena Tłuczek pomogła wydostać spod zniszczonego pojazdu dwie osoby. Udało jej się również wyciągnąć z autobusu własną siostrę. Dopiero później, gdy znalazła się poza wrakiem, opadła z sił i straciła przytomność.

    Kobieta przyznała, że widoku, który zobaczyła wewnątrz pojazdu, nie da się opisać ani zapomnieć. Całą sytuację określiła jako niewyobrażalną. Jej relację oraz zdjęcia z miejsca katastrofy opublikowała Agencja Reutersa.

    Kierowca mógł zasnąć za kierownicą

    Węgierska policja rozpoczęła szczegółowe postępowanie dotyczące przyczyn wypadku. Według wstępnych ustaleń kierowca mógł zasnąć podczas jazdy, a następnie stracić kontrolę nad pojazdem. Mężczyzna przeżył katastrofę i został zatrzymany.

    Na obecnym etapie jest to jednak jedna z badanych wersji, a nie ostateczny wynik śledztwa. Funkcjonariusze zabezpieczyli wrak autokaru, przesłuchują świadków oraz analizują dane dotyczące przebiegu podróży i czasu pracy kierowców. Dotychczas nie przedstawiono informacji, które jednoznacznie wskazywałyby, że przyczyną tragedii był zły stan techniczny pojazdu.

    Postępowanie w sprawie katastrofy ma być prowadzone również przez zespół polskich prokuratorów z Krosna. Śledczy będą ustalali między innymi sposób organizacji wyjazdu, stan autokaru, przestrzeganie czasu pracy oraz odpoczynku kierowców.

    Rodziny ofiar i poszkodowanych zostały objęte pomocą konsularną. Kondolencje bliskim zmarłych przekazali przedstawiciele polskich i węgierskich władz.

  • Tragedia w Chałupach. Z Zatoki Puckiej wyłowiono ciało, na miejscu policja i prokurator

    Tragedia w Chałupach. Z Zatoki Puckiej wyłowiono ciało, na miejscu policja i prokurator

    Z Zatoki Puckiej w rejonie Chałup wyłowiono ciało mężczyzny. Początkowo służby nie potwierdzały, czy zmarły jest poszukiwanym od kilku dni surferem. Wieczorem policja przekazała, że zakończono identyfikację. Tragiczny finał znalazły poszukiwania mężczyzny, który zaginął po wypłynięciu na wodę.

    Ciało dryfowało w rejonie Chałup

    W sobotę 15 sierpnia o godzinie 10:13 Morskie Ratownicze Centrum Koordynacyjne otrzymało zgłoszenie o ciele dryfującym w Zatoce Puckiej, około 50 metrów od brzegu. Do działań skierowano ratowników Brzegowej Stacji Ratowniczej we Władysławowie oraz załogę łodzi ratowniczej R-43.

    O godzinie 10:54 ratownicy potwierdzili odnalezienie ciała mężczyzny. Zostało ono zabezpieczone, przetransportowane na brzeg i przekazane policji. Na miejscu czynności prowadzili funkcjonariusze pod nadzorem prokuratora.

    Szczegóły akcji opublikowała w mediach społecznościowych Morska Służba Poszukiwania i Ratownictwa. Początkowo służby zachowywały dużą ostrożność i nie łączyły oficjalnie tragicznego odkrycia z prowadzonymi wcześniej poszukiwaniami.

    Policja potwierdziła tożsamość mężczyzny

    Kilka godzin później policja poinformowała o zakończeniu procedury identyfikacyjnej. Okazało się, że zmarły to około 40-letni mężczyzna, którego poszukiwano od wtorku.

    „Jest to osoba, której poszukiwania prowadziliśmy. Dalsze czynności prowadzone są pod nadzorem prokuratora” – przekazała asp. Agnieszka Selewska z Komendy Powiatowej Policji w Pucku.

    Mężczyzna wypłynął na Zatokę Pucką na desce windsurfingowej we wtorek około godziny 14:30. Kiedy nie wrócił, rozpoczęła się szeroko zakrojona akcja. W poszukiwania zaangażowano między innymi ratowników SAR i WOPR, policjantów, funkcjonariuszy Straży Granicznej oraz śmigłowiec Marynarki Wojennej.

    W trakcie działań odnaleziono deskę należącą do zaginionego, jednak początkowo nie natrafiono na ślad samego mężczyzny. Poszukiwania były szczególnie trudne ze względu na rozległy obszar Zatoki Puckiej oraz zmieniające się warunki pogodowe.

    https://www.facebook.com/photo/?fbid=1372827905029083&set=a.129839372661282

    Okoliczności tragedii wyjaśni prokuratura

    Potwierdzenie tożsamości zakończyło akcję poszukiwawczą, ale nie postępowanie dotyczące okoliczności śmierci. Dalsze czynności prowadzone są pod nadzorem prokuratora. To śledczy ustalą dokładny przebieg zdarzenia oraz bezpośrednią przyczynę zgonu.

    Służby nie przekazały dotychczas informacji wskazujących na udział osób trzecich. W takich przypadkach standardowo przeprowadzana jest sekcja zwłok oraz analiza materiałów zgromadzonych podczas poszukiwań.

    Tragedia poruszyła mieszkańców regionu oraz osoby związane ze środowiskiem sportów wodnych. Zatoka Pucka jest chętnie wybierana przez windsurferów i kitesurferów, jednak nawet doświadczeni użytkownicy sprzętu mogą znaleźć się w niebezpieczeństwie, gdy gwałtownie zmieniają się wiatr, widoczność lub stan wody.

    W ostatnich tygodniach wLocie.pl informował także o innym zagrożeniu związanym z kontaktem z wodą Bałtyku. Każda z tych sytuacji ma inne podłoże, ale obie przypominają, że podczas wypoczynku nad wodą kluczowe pozostają ostrożność, kontrolowanie prognoz i informowanie bliskich o planowanej trasie.