Ewa Bem przez lata kojarzyła się z opanowaniem. Z klasą. Z głosem, który potrafił uspokoić salę jednym wejściem. Tym mocniej wybrzmiało to, co powiedziała teraz – bez osłonek, bez dekoracji, z bólem, którego nie da się zagłuszyć muzyką.
Początki kariery Ewy Bem. Głos, który szybko stał się znakiem rozpoznawczym
Ewa Bem urodziła się 23 lutego 1951 roku w Warszawie. Od młodości ciągnęło ją do brzmień rhythm and bluesa i jazzu, czyli muzyki, która w tamtym czasie nie była w Polsce oczywistym wyborem.
Pierwsze ważne kroki stawiała w zespole Bemibem, który współtworzyła z bratem Aleksandrem Bemem. Z czasem zaczęła budować markę wokalistki o charakterystycznym, ciepłym głosie i dużej swobodzie interpretacyjnej. W kolejnych latach współpracowała z uznanymi muzykami, pojawiała się na festiwalach i konsekwentnie umacniała pozycję na scenie.
Jej dorobek rozpiął się między jazzem, soulem i popem. Publiczność ceniła ją za naturalność i kontakt z widzami. Z czasem zaczęto powtarzać określenie „pierwsza dama polskiego jazzu”, które na stałe przykleiło się do jej nazwiska.
Ewa Bem w szpitalu. „Baliśmy się o moje życie”
Przez długi czas informacje o stanie zdrowia wokalistki pojawiały się rzadko i były oszczędne. Tym razem artystka zdecydowała się powiedzieć wprost, jak wyglądała jej walka.
- Zobacz też: Ponad 2 miliony osób bez ubezpieczenia zdrowotnego. Wystarczy jedna choroba i zaczyna się dramat
W rozmowie z „Wysokimi Obcasami” padły słowa, które brzmią jak zapis najtrudniejszych miesięcy:
Byłam przekonana, że to ja odejdę pierwsza [niż mąż]. Od dwóch lat ciężko chorowałam, przeszłam operację płuca, tygodniową śpiączkę, w końcu zdiagnozowali mi raka jajnika IV stopnia. Miesiąc w szpitalu na Płockiej, miesiąc w Instytucie Onkologii. Baliśmy się o moje życie.
W tym wyznaniu jest wszystko, co dotąd pozostawało poza światłem reflektorów – operacja płuca, tygodniowa śpiączka, diagnoza: rak jajnika IV stopnia. Artystka przyznała, że śpiączka była jednym z najtrudniejszych doświadczeń. Tydzień wyjęty z życia. Czas niepewności i czekania.
Potem zaczął się kolejny etap: rehabilitacja, odzyskiwanie sił, powrót do podstawowych czynności. Leczenie – jak sama pokazała między wierszami – zmienia rytm życia i sposób myślenia o wszystkim.
Ewa Bem ujawnia prawdę o remisji i leczeniu. „Od tej choroby nigdy się nie uwolnię”
Po wybudzeniu rozpoczął się proces długi i wymagający cierpliwości. Ewa Bem podkreśliła, że kluczowe było wsparcie rodziny i personelu medycznego. W tej samej rozmowie powiedziała również o tym, w jakim miejscu jest dziś.
Od dwóch lat jestem w remisji. Cały czas biorę doustną chemię, jestem pod opieką cudownej pani doktor Magdaleny Kowalskiej. Teraz jest spokój, ale wiem, że od tej choroby nigdy się nie uwolnię, prędzej czy później wróci
To zdanie zostaje w głowie. Remisja nie oznacza końca lęku. Jest moment oddechu, ale nie ma gwarancji. Jest spokój, który wciąż ma w sobie cień.
„Strzał między oczy”. Ewa Bem o stracie męża i pustce po 42 latach
W rozmowie pojawił się także wątek najbardziej osobisty. Artystka opowiedziała o tym, jak przeżyła stratę męża i jak wygląda codzienność po odejściu człowieka, z którym spędziła 42 lata.
Tego się nie spodziewałam, przenigdy taki scenariusz nie narodził się w mojej głowie, choć mam sporą wyobraźnię. Nie byłam przygotowana, jak sobie radzić z nagłą, wszechogarniającą pustką. (…) to był strzał między oczy. Nie miałam kiedy się zastanowić. I też nie przypuszczałam, że to będzie tak smakowało, jak smakuje. Tak strasznie boli, jak trzeba się nieoczekiwanie rozstać z człowiekiem, z którym się było tak długo, 42 lata. Jakby ubyło trzy czwarte mnie i wszystkiego. Bo on jest wszędzie i jest wszystkim, każdym obrazkiem w tym domu, każdym schodkiem, haustem powietrza.
Te słowa nie są opowieścią o gwieździe. To opowieść o człowieku, który jednocześnie walczy o zdrowie i próbuje nauczyć się życia w nowej ciszy.
