Sumliński chce pogrzebać Tuska. Tymi materiałami zakończy jego polityczną karierę

Donald Tusk jest bardzo kontrowersyjną postacią ze świata polskiej polityki. Były premier w 2014 roku zrezygnował ze stanowiska Prezesa Rady Ministrów i udał się na ciepłą posadę do Brukseli. Dziś otwarcie deklaruje start w zbliżających się wyborach prezydenckich.

Warto przy tej okazji przytoczyć niedawny wywiad znanego dziennikarza śledczego, który odniósł się do bardzo bliskich powiązań Donalda Tuska z niemieckimi służbami.

Luiza Dołęgowska, Fronda.pl: Przejdźmy teraz do głównego bohatera książki – czy tak naprawdę wiemy, kim jest Donald Tusk?

Wojciech Sumliński, dziennikarz śledczy: Wiemy i kim jest, i kim nie jest – i pokazaliśmy to w książce bardzo dokładnie. W telegraficznym skrócie – pochodzi z rodziny, w której dziadkowie mówili po niemiecku, matka Tuska zaczęła uczyć się polskiego w wieku 11 lat, babka była rodowitą Niemką. Krewni dziadków uciekali na nieszczęsnym statku Gustloff, zatopionym przez rosyjski okręt podwodny – a tym storpedowanym statkiem uciekali Niemcy po prostu… Sam Donald Tusk pochodził z bardzo zwyczajnej, prostej rodziny: ojciec pracował trochę jako magazynier, trochę jako konwojent, matka w sekretariacie – skromna rodzina, w której starcza do przysłowiowego pierwszego. Na tym tle Tusk się wybija, bo idzie na studia historyczne. Tam, na drugim roku żeni się z Małgorzatą. Tułają się, nie mają stałego kąta – trochę u matki Tuska, trochę po wynajętych mieszkaniach wreszcie po studiach jego żona dostaje możliwość zamieszkania w hotelu pracowniczym. Tam, w jednym pokoju, Tuskowie mieszkają przez dziesięć lat, początkowo sami, potem z dziećmi. Ledwo wiążą koniec z końcem.

I co się dalej dzieje?

(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

Dalej Donald Tusk pojawia się w hotelu Marriott i wszystko zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z „czarodziejem” Kubiakiem w roli głównej. Hotel Marriott był w ówczesnej Warszawie enklawą i symbolem luksusu. Kapitalizm w Polsce w dobie transformacji ustrojowej wygląda siermiężnie, rodzi się w metalowych „szczękach”, na bazarach, w Warszawie na Placu Defilad, na Stadionie Dziesięciolecia – kwitnie drobny handel. Marriott – to zupełnie inny świat. I w tej enklawie luksusu pojawia się biedny Donald Tusk. Nie pojawia się jednak sam, a w towarzystwie wspomnianego Wiktora Kubiaka. Kiedy i w jakich okolicznościach ten biedny opozycjonista, którego opozycyjną legendę bardzo, ale to bardzo mocno „podrasowano”, poznał „machera” od FOZZ, bardzo ważną postać dla finansowania rozmaitych przedsięwzięć wywiadu wojskowego PRL? To pytanie, które powraca jak bumerang. Podkreślmy to jeszcze raz, bo to szalenie istotne: to Donald Tusk był łącznikiem między swoim środowiskiem politycznym, a wywiadem wojskowym PRL reprezentowanym w osobie Wiktora Kubiaka, i to od tego momentu, nie mając wcześniej nic – ma wszystko.

Czy środowisko Donalda Tuska też zmienia standard życia?

(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

Tak. Ludzie z jego otoczenia nie mają już problemów z opłatami za biura – mają lokale wyborcze, samochody, środki na potężną kampanię. Dzięki Kubiakowi i jego zapleczu mają pieniądze na wszystko, a mając to wszystko za chwilę przejmą władzę, której bezpośrednim następstwem będą „przysługi za przysługi”, bo jak powiedzieliśmy, ani darmowych obiadów ani „Mikołajów” rozdających darmowe prezenty w tym świecie nie ma. Szkopuł w tym, że te „przysługi”, czy też specyficznie rozumiane „wyrazy wdzięczności”, to w rzeczywistości grabież na skalę, jakiej nie znał świat, kosztem nas wszystkich. Bo to, co nazwano wtedy „prywatyzacją”, było zawłaszczaniem majątku narodowego lub jego wyprzedażą na zasadach, które bardziej przypominały rozdawnictwo i złodziejstwo, niż normalną sprzedaż. Donald Tusk chce pozostać w tle głównego nurtu wydarzeń – to na tamten czas styl jego działania. Premier Bielecki mówi, by wziął sobie jakąś rządowa fuchę, by wybrał coś dla siebie, ale Donaldowi Tuskowi bardziej odpowiada rola – jak sam to mówi – „machera z zaplecza”. I tak pozostanie na pewien czas – będzie przybocznym premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego, przybocznym, który dużo może, ale który na razie, na tamten czas, chce pozostać w tle. Obserwować i nie wychylać się – to wówczas modus operandi Tuska… Zanim pójdziemy naprzód, zatrzymajmy się może jeszcze na chwilę na latach 80.

Co ważnego się wtedy stało?

W tamtym okresie dochodzi do wydarzenia, które zapala w głowach kilku działaczy opozycji „czerwone, alarmowe lampki”. 22 Lipca 1983 – to dzień, który powinien przejść do annałów polskiej opozycji, niezwykły dzień, w którym dochodzi do niezwykłego wydarzenia. Pięciu opozycjonistów zostaje aresztowanych w tzw. kotle – jednym z nich jest Krzysztof Wyszkowski, poszukiwany od wielu miesięcy przez SB, inni mają ze sobą ,,bibułę”, nielegalne materiały kolportowane przez podziemie. Złapani przez SB w takich okolicznościach, na spotkaniu konspiracyjnym, z podziemną prasą, w sytuacji, gdy niektórzy z uczestników byli od miesięcy poszukiwani przez SB za wcześniejszą wywrotową działalność wiedzą, że czeka ich długa odsiadka, a wcześniej przejdą pewnie jeszcze ,,ścieżkę zdrowia” – obligatoryjne bicie, często znacznie gorsze, niż samo więzienie. Tymczasem dzieje się coś nieprawdopodobnego, co wymyka się logice i zdrowemu rozsądkowi: 23 lipca 1983, nazajutrz po zatrzymaniu, wszyscy zostają wypuszczeni. Funkcjonariusze SB zachowują się wręcz tak, jakby, chcieli wyrazić ubolewanie, przeprosić całą tę piątkę, łącznie z poszukiwanym od wielu miesięcy Krzysztofem Wyszkowskim. Ten wraca do domu i dowiaduje się od żony, że w Dzienniku Telewizyjnym podali właśnie, że Krzysztof Wyszkowski sam się ujawnił – i dlatego został wypuszczony…

O co chodziło?

W rozmowie z nami Wyszkowski tłumaczy, że zrozumiał to od razu: mieli w swoim gronie zgniłe jabłko, ,,czapkę-niewidkę”. Nie mogli wypuścić tylko „kreta”, bo to byłoby tożsame ze wskazaniem go palcem, więc wypuścili wszystkich. Nie wiedział jednak, który z nich nim jest. Mija parę miesięcy. Na jednym z kolejnych spotkań konspiracyjnych w ręce SB wpada Kozłowski, z bibułą. Najpierw przechodzi ścieżkę zdrowia, potem dostaje długi wyrok. Ostatecznie wychodzi z więzienia po 10 miesiącach, z powodu amnestii. Ale swoje przeszedł. Znowu mija kilka miesięcy i wpada następny z tej piątki. Krzysztof Wyszkowski powoli eliminuje kolejnych kolegów z kręgu podejrzanych. „Już wiedziałem, że to nie Kozłowski, po tym, co z nim zrobili”. Potem podobny los spotyka kolejnego z uczestników kotła i jeszcze kolejnego. I jest tylko jeden z tej piątki, który ani wcześniej, ani później nie przeszedł aresztowania, bicia, aresztów, najść, itp. Kto to był – jak pani myśli?

Tytułowy bohater Pana książki?

Tak, to Donald Tusk, bohater tej historii. Wyszkowski mówi: od tego momentu wiedziałem, że coś jest nie tak; to nie była jeszcze pewność, ale bardzo poważna wątpliwość. Co dzieje się dalej z naszym dzielnym opozycjonistą, który wpada do ,,kotła”, a SB już wie, że to jest opozycjonista… Dzisiaj można przeczytać w Wikipedii i w różnych opracowaniach, czego to Donald Tusk nie dokonał, czego nie założył, jak mężnie walczył z komuną i jaki był represjonowany! Prawda tymczasem jest taka, że włos mu z głowy mu nie spadł i w trakcie swojej wielkiej działalności został zatrzymany tylko ten jeden, jedyny raz, 22 lipca, a na drugi dzień go wypuszczono, w zdumiewających okolicznościach. Zatrzymanie 22 lipca 1983, po czym zwolnienie 23 lipca 1983 – to cała jego martyrologia opozycyjna.

Co dzieje się dalej?

Nie jest represjonowany, nie jest nachodzony przez SB – które przecież już wie, że działa w podziemiu. Czy jest prześladowany w jakiś sposób? Absolutnie nie! Po kilkunastu miesiącach bez żadnego problemu dostaje paszport i wyjeżdża za granicę. Między innymi do Paryża, potem do Niemiec. Jak gdyby nigdy nic, jeździ po Europie. W tamtych czasach paszport był nagrodą, niełatwo było go dostać – tym bardziej, gdy działało się w opozycji, przy wiedzy o tym działaniu ze strony SB. Pytanie o „czapkę-niewidkę” wraca jak bumerang. Proszę sprawdzić, jaki jest kontrast pomiędzy tym co tu mówię – a mówię o faktach – a tym, jaką legendę napisano Tuskowi we wspomnianych opracowaniach. Martyrologii w tym jego konspiracyjnym życiu było tyle, co trucizny w zapałce…

Wróćmy jeszcze na chwilę do czasów hotelu Marriott i kwestii finansów, tzn. do ,,pieniędzy w reklamówkach” – czy wiadomo o tym coś więcej?

Według spójnych relacji kilkunastu osób, jakie zebraliśmy – pieniądze przekazywano w reklamówkach. Wprowadzony przez Tuska w środowisko jego kolegów Wiktor Kubiak przynosi gotówkę, a mówimy o bardzo dużych pieniądzach. Niekiedy miało się to odbywać w zadziwiających okolicznościach, jak w jednej z relacji: ranek, Władysławowo koło Gdańska, dobiega końca popijawa. W pewnym momencie leci śmigłowiec, towarzystwo na chwiejnych nogach wypatruje go z daleka. Śmigłowiec jest coraz niżej, napięcie rośnie, maszyna ląduje a wszyscy wokół tworzą wianuszek. Wysiada boss – Wiktor Kubiak, z reklamówkami pieniędzy pod pachami oraz w dłoniach i po wielkopańsku rozdziela między zebranych te reklamówki. Wszyscy kłaniają mu się w pas. Takie opisano nam sceny!

Obrazy jak z filmu.

Według zebranych relacji dokładnie tak to wyglądało. Ci, którzy dostają te reklamówki, to za chwilę nasza elita polityczna, która będzie rządzić 40-milionowym krajem w sercu Europy… Szkoda nawet słów. Ale zróbmy jeszcze jeden przeskok w czasie, w lata 80. W otoczeniu Donalda Tuska pojawia się wówczas Niemiec, Detlef Ruser – naukowiec, który trafił na Uniwersytet Gdański na zasadzie porozumienia pomiędzy uczelnią polską, a niemiecką. W rzeczywistości jest to agent STASI, który ,,przykleja” się zwłaszcza do dwóch osób – Borusewicza i Tuska. Zaprzyjaźnia się z nimi. Relacje z Tuskiem utrzymuje do końca 1986, a potem, nagle zrywa z Tuskiem wszelkie kontakty. Jednocześnie jednak niemiecki naukowiec nadal utrzymuje świetne relacje z Borusewiczem i innymi – ze wszystkimi, tylko nie z Tuskiem.

Liczymy, że wyjaśnienie jednak się znajdzie, w odpowiednim momencie…

Póki co, nikt nie wie dlaczego. Ani jeden, ani drugi nie chce tego tłumaczyć, Tusk dopytywany rzuca tylko wymijające odpowiedzi. W 1989 r. przychodzi tak zwana demokracja i upadek muru berlińskiego, Stasi przestaje istnieć i pozornie jest to jest koniec agenta Rusera. Czy jednak naprawdę jest to koniec? Docieramy do faktów jednoznacznie pokazujących, że to nie koniec, a fakty wskazują jasno, że Detlef Ruser w 1989 r. wcale nie zakończył pracy wywiadowczej. Wprost przeciwnie – po zjednoczeniu Niemiec kontynuuje służbę! Innymi słowy: zmienił szefów, ale pozostał w służbie i podobnie jak wielu innych agentów Stasi, został przejęty przez BND. Takie „przejęcia”, to normalna pragmatyka w służbach specjalnych – vide Amerykanie, którzy po II wojnie światowej przejęli całą agenturę III Rzeszy w Europie Wschodniej. I tu dochodzimy do arcyciekawego wydarzenia, które aż do teraz, do momentu wydania naszej książki pozostawało obwarowane klauzula tajemnicy i najwyższej tajności.

W 1996 r. profesor Labner-Weiss – Polka mieszkająca od 30 lat w Niemczech, która współzakładała Urząd (instytut) Gaucka organizuje wystawę poświęconą gdańskim opozycjonistom, na której ukazany jest także Ruser – pojawia się na fotografiach, w opisach, w różnych kontekstach. I natychmiast po tej wystawie z sześciu teczek pracy agenta Rusera, które zdeponowano w Urzędzie Gaucka, dwie z tych teczek znikają i nikt nie wie, co się z nimi stało.

Czyli wy, jako pierwsi odkrywacie brak tych teczek?

Dokładnie tak. Brakuje dwóch teczek, które zawierały przede wszystkim informacje dotyczące jego działalności, spotkań i rozmów po roku 1986! Sprawdziliśmy wieloźródłowo, że zanim cokolwiek trafiło do Urzędu (instytutu) Gaucka, analizowało do BND i niemiecki kontrwywiad. Co zatem takiego ważnego przeoczono, że z sześciu teczek, które dotyczyły pracy agenta Rusera, dwie, bezpośrednio po wystawie o gdańskich opozycjonistach, wykradziono? To ważne pytanie, ale są jeszcze ważniejsze: kto mógł to zrobić? I kto mógł aż do tego momentu utrzymać to w tajemnicy? Bo ten fakt – fakt wykradzenia tych właśnie dwóch teczek pracy agenta Rusera, który swoimi działaniami obejmował przede wszystkim Tuska i Borusewicza, obwarowano klauzula najwyższej tajności.

Czy udało się to wyjaśnić?

Gdy zapytaliśmy o te dwie tajemnicze zaginione teczki agenta Rusera w Urzędzie Gaucka, początkowo nabrano wody w usta. Nikt nie przeczył, ale też nikt chciał nam tej informacji potwierdzić. Po prostu cisza – odsyłanie od Annasza do Kajfasza. I dopiero, gdy powiedzieliśmy, co wiemy, i przedstawiliśmy na poparcie tej wiedzy dowody – wyjaśniamy to w książce – bardzo niechętnie, z wielkimi oporami, potwierdzono: tak, dwie teczki pracy agenta Rusera zniknęły i nikt nie potrafi wyjaśnić, co się z nimi stało. Ten z kolei fakt miał szokujące implikacje, które pozwoliły nam domknąć to „koło” i poznać zamieszczone w książce odpowiedzi na pytania, pozostające aż do tego momentu bez odpowiedzi.

źródło:Fronda