W Europie może się ziścić scenariusz, w który trudno uwierzyć. Historyczny moment
(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

Jeszcze niedawno taka teza brzmiałaby jak polityczna fantazja. Dziś wraca w rozmowach ekspertów i w komentarzach europejskiej prasy: jeśli Waszyngton traktuje Unię jak rywala, a nie partnera, Bruksela może szukać narzędzia nacisku gdzie indziej. I wcale nie chodzi o „miłość” do Pekinu. Chodzi o twardą kalkulację w czasach, gdy zasady przestają być stałe, a sojusze – oczywiste.

(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

Trump naciera, Europa trzyma gardę

W tle jest coraz bardziej agresywna narracja Donalda Trumpa: presja w sprawie Grenlandii, groźby ceł i sygnały, że relacje transatlantyckie mogą być uzależniane od „zmian” po europejskiej stronie. Dla części unijnych polityków i komentatorów to już nie jest zwykły spór o handel czy politykę bezpieczeństwa, tylko gra o redefinicję porządku – takiego, w którym Unia ma być słabsza i bardziej podzielona.

(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

W podobnym tonie mówił Josep Borrell, były szef unijnej dyplomacji, sugerując, że USA chcą rozpadu UE i „białej Europy podzielonej na narody”. Z kolei komisarz ds. obrony UE Andrius Kubilius podkreślał, że Europa powinna iść własną drogą, bez oglądania się na Waszyngton.

To nie są zdania rzucane mimochodem. One układają się w obraz, w którym Bruksela zaczyna myśleć jak gracz, a nie jak młodszy partner.

(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

Kto zyskuje na tym, że Zachód się kłóci

W takim zamieszaniu łatwo przegapić najważniejsze pytanie: kto na tym korzysta. Autor tekstu stawia tezę wprost – błędy Waszyngtonu mogą otworzyć Chinom szerzej drzwi do Europy. Nawet jeśli wartości Pekinu są dla UE trudne do zaakceptowania, to w sytuacji chaosu kończy się myślenie idealistyczne. Zostaje interes.

I tu pojawia się polityczna pokusa: wzmocnienie relacji z Chinami nie jako zwrot cywilizacyjny, tylko jako lewar na USA.

Chiny jako lewar, ale też ryzyko dla europejskiej gospodarki

To nie jest prosta układanka, bo w tekście wybrzmiewa także ostrzeżenie: większe otwarcie na Chiny może oznaczać zalew tańszego eksportu do Europy. Jens Eskelund, prezes Izby Handlowej UE w Chinach, mówi o możliwości gwałtownego wzrostu chińskiego eksportu po amerykańskich cłach i zwraca uwagę, że tani import może uderzyć w europejskich producentów, którzy funkcjonują w innym modelu jakości i ceny.

To ważny punkt: nawet jeśli Pekin miałby stać się elementem gry z Waszyngtonem, rachunek kosztów może okazać się bolesny – politycznie i gospodarczo.

Presja na UE w sprawie ceł na Chiny już się pojawiała

W tekście pada też konkret: Trump już wcześniej wzywał UE do nałożenia na Chiny bardzo wysokich ceł – na poziomie 50-100 proc. Bruksela nie wykazała entuzjazmu. I to samo w sobie jest sygnałem, że Europa nie chce wchodzić w rolę wykonawcy amerykańskiej strategii.

Tym bardziej, że – jak zauważa autor – europejska prasa i część komentatorów w USA mówią dziś o tym, że polityka taryfowa Trumpa wpycha europejskich sojuszników w stronę Chin. Logika jest prosta: jeśli ktoś zaciska ci gardło, zaczynasz szukać powietrza gdzie indziej.

UE raczej nie podda się bez walki

W finale wybrzmiewa myśl, która może stać się nową osią europejskiej polityki: Unia nie ma zamiaru stać bez ruchu, gdy dostaje ciosy – także te „poniżej pasa”. Jeśli groźba zacieśnienia relacji z Chinami miałaby zwiększyć jej pole manewru, to dlaczego miałaby z tego nie skorzystać.

To nie jest opowieść o nagłej przyjaźni z Pekinem. To opowieść o świecie, w którym straszenie potencjalnym sojuszem bywa narzędziem negocjacyjnym. Tak, jak w innych miejscach Europy wykorzystywano balansowanie między mocarstwami, żeby podbić własną pozycję.

Na razie to scenariusz z teczki „realpolitik”. Ale jeszcze rok temu wiele rzeczy też wydawało się niemożliwych. Dziś stają się codziennością.