Porażające wieści ws. pożaru w kurorcie. Właściciele baru przerwali milczenie – nie jest tak jak wszyscy sądzili
(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

Sylwestrowa noc miała być jak setki innych. Gwar, muzyka, toast, ciasne wnętrze i odliczanie do północy. A potem – sekundy, które zmieniły wszystko. W szwajcarskim kurorcie Crans-Montana wciąż trwa liczenie strat, ale też coś trudniejszego: układanie faktów w całość.

W piątek głos zabrali współwłaściciele lokalu, w którym doszło do tragicznego pożaru. Zapewnili, że działali zgodnie z przepisami. Prokuratura potwierdziła, że zostali już przesłuchani.

(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

Właściciele: „wszystko było zgodnie z przepisami”

Według informacji podawanych przez lokalne media, bar należał do Jacques’a i Jessiki Moretti – małżeństwa pochodzącego z Francji. To oni znaleźli się dziś w centrum uwagi, choć jeszcze kilka dni temu byli po prostu gospodarzami miejsca, w którym ludzie przyszli świętować.

Właściciel w rozmowie z mediami miał podkreślić, że lokal był kontrolowany kilka razy w ostatnich latach. I że z ich perspektywy nie było mowy o ignorowaniu wymogów bezpieczeństwa.

(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

„Nie możemy spać ani jeść”. Jessica Moretti była w środku

W tej historii jest też szczegół, który wybrzmiewa wyjątkowo mocno: żona współwłaściciela miała być w lokalu w momencie, gdy doszło do tragedii. Według relacji mąż przekazał, że doznała drobnych poparzeń.

I dodał słowa, które wielu ludzi zapamięta na długo:

(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

„Nie możemy spać ani jeść, wszyscy czujemy się bardzo źle”.

To zdanie nie wyjaśnia przyczyn pożaru. Ale pokazuje emocje i ciężar, który wisi dziś nad tym miejscem.

Prokuratura działa, przesłuchania już się odbyły

Śledczy nie zamykają sprawy prostą odpowiedzią. Prokuratura poinformowała, że właściciele zostali przesłuchani. To standardowy krok w tak dużych postępowaniach, zwłaszcza gdy w grę wchodzi bilans tragedii i pytania o to, czy można było jej uniknąć.

Właściciele deklarują pełną współpracę. Podkreślają, że chcą pomóc w ustaleniu przebiegu zdarzeń. Dla śledczych kluczowe będą teraz dokumenty, zeznania i szczegółowa rekonstrukcja tego, co działo się w środku, minuta po minucie.

„Zimne ognie” i sufit. Śledczy badają jedną z głównych wersji

Wstępne ustalenia, o których informowano w związku ze śledztwem, wskazują na wersję związaną z pirotechniką używaną przy szampanie. Chodzi o zimne ognie przymocowane do butelek, odpalone zbyt blisko sufitu.

To na razie trop, nie wyrok. Ale właśnie ta wersja jest dziś szeroko analizowana. Bo jeśli potwierdzi się, że ogień pojawił się od pirotechniki, kolejnym pytaniem będzie to, dlaczego doszło do eskalacji i co zadziałało, a co nie zadziałało w zabezpieczeniach.

Tragiczny bilans: niemal 40 ofiar, ponad 100 rannych. Wśród poszkodowanych Polak

Bilans tragedii poraża. W pożarze zginęło niemal 40 osób. Ponad 100 zostało poważnie rannych. Wśród poszkodowanych jest również jeden obywatel Polski, który – według przekazywanych informacji – przebywa w szpitalu i jest pod opieką bliskich.

To nie są liczby z depeszy. To ludzie. Rodziny, które jeszcze wczoraj wysyłały zdjęcia z fajerwerkami, a dziś szukają informacji w szpitalach i na listach.

Co dalej: pytania o procedury i odpowiedzialność

W takich sprawach kluczowe są detale. Nie tylko to, co mogło zapoczątkować pożar, ale też: jak wyglądała ewakuacja, czy drogi były drożne, ilu ludzi było w środku i jak szybko pojawiła się pomoc.

Na razie właściciele mówią o kontrolach i przepisach. Prokuratura zbiera materiał. A kurort, który miał kojarzyć się z zimowym odpoczynkiem, stał się miejscem żałoby.