Przez dekady uchodziło za film, o którym mówiło się szeptem i z wypiekami na twarzy. Dziś wraca w zupełnie innym kontekście – nie jako symbol rewolucji obyczajowej, tylko jako historia, która dla jednej z aktorek okazała się ciężarem na całe życie.
Skandal, cenzura i legenda kontrowersyjnego filmu
„Ostatnie tango w Paryżu” zapisało się w historii kina jako produkcja, która przekraczała granice obyczajowe swoich czasów. Film budził sprzeciw, wywoływał skrajne reakcje i w niektórych krajach nie został dopuszczony do dystrybucji.
Jednocześnie zdobył uznanie branży. To właśnie ten kontrast – między zachwytem a oburzeniem – sprawił, że tytuł rósł do rangi legendy. I że przez lata wracał w rozmowach jako „ten film”, który rzekomo zmienił kino.
Maria Schneider: szybka sława, która miała swoją cenę
Dla Marii Schneider rola okazała się przełomem. Miała 19 lat, gdy wygrała casting i znalazła się w samym środku wielkiej produkcji. Z dnia na dzień stała się twarzą, którą publiczność zaczęła utożsamiać z ekranową postacią.
Problem w tym, że ona sama – jak mówiła po latach – nie była na to gotowa. Wspominała, że jej start w zawodzie powinien wyglądać inaczej. Spokojniej. Bez presji i bez przyklejonej na stałe etykietki.
Żałowałam tego wyboru. Początek mojej kariery powinien być znacznie spokojniejszy. Nie byłam na to przygotowana. Ludzie utożsamiali mnie z moją postacią, a to przecież nie byłam ja.
W twoim materiale pojawia się też obraz późniejszych lat aktorki: życie w cieniu skandali, uzależnień i leczenia. Wprost pada sugestia, że to mogło być reakcją obronną na to, co wydarzyło się na planie i po premierze.
„Nie znam tego pana”. Zerwanie relacji z reżyserem
W opowieści Schneider jest też moment ostatecznego odcięcia. Po zakończeniu zdjęć miała nie utrzymywać kontaktu z reżyserem, a gdy spotkali się później, miała zareagować w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości, jak postrzega tę relację.
Wspominasz też o jej słowach o atmosferze na planie oraz o tym, że czuła się psychicznie wyczerpana.
Był gruby, spocony i strasznie manipulował Marlonem i mną.
To zdanie, jakkolwiek dosadne, pokazuje jedno – ona nie opowiadała o tym jak o twórczej przygodzie, tylko jak o doświadczeniu, które ją przygniotło.
Seans, po którym uciekła. Relacja przyjaciółki Schneider
W tekście pojawia się ważny głos osoby z jej otoczenia. Przyjaciółka, Esther Anderson, opowiadała o tym, jak Schneider miała zareagować, gdy po raz pierwszy zobaczyła film.
Byłam z Marią, kiedy pierwszy raz oglądała „Ostatnie tango w Paryżu”. Była w szoku. Nie miała pojęcia, co oni z nią zrobili. Wybiegła z kina, krzycząc. Ten film zrujnował jej życie.
To fragment, który zmienia perspektywę. Bo tu nie chodzi o „kontrowersje”, tylko o czyjeś realne konsekwencje. O poczucie przekroczenia granicy, którego nie da się cofnąć.
„Elle” przypomniało dawne słowa Bertolucciego. I znów wybuchło
W twoim materiale kluczowe jest to, że temat wrócił po publikacji w „Elle”. Magazyn przypomniał wypowiedź Bertolucciego sprzed kilku lat, w której miał przyznać, że słynna scena nie była uzgadniana z Marią Schneider.
W jego relacji pobrzmiewało coś, co dziś brzmi jak zapalnik – opowieść o tym, że celowo nie uprzedził aktorki, bo chciał „prawdziwej reakcji”.
W pewien sposób byłem okropny dla Marii, bo nic jej nie powiedziałem. Nie chciałem jednak, aby Maria odgrywała swoje upokorzenie, swój gniew. Chciałem zobaczyć jej reakcję jako dziewczyny, a nie aktorki. Czuję się za to bardzo winny, ale nie żałuję.
Dalej pada jeszcze jedno zdanie, które – w tej historii – jest jak wbita szpilka:
Czasami, żeby robić kino, osiągnąć coś, musimy być całkowicie wolni.
To właśnie ta logika wywołała falę oburzenia. Bo „wolność twórcza” w tym ujęciu brzmi jak usprawiedliwienie przekraczania granic drugiego człowieka.
Gwiazdy Hollywood uderzyły w reżysera i Brando. „To nie do obrony”
Wspominasz, że po nagłośnieniu sprawy ostro reagowali znani aktorzy i aktorki, m.in. Jessica Chastain, Anna Kendrick i Chris Evans. Ich komentarze miały być jednoznaczne – potępiające i pozbawione taryfy ulgowej.
I trudno się dziwić, bo dzisiejsza wrażliwość publiczna jest inna niż w latach 70. Coraz częściej pada pytanie: ile w sztuce wolno, jeśli cenę płaci ktoś, kto nie miał pełnej kontroli nad tym, co się z nim dzieje.
Dlaczego ta historia wraca właśnie teraz
Bo to już nie jest opowieść o „skandalu filmowym”. To opowieść o nierównowadze sił: młoda aktorka, potężny reżyser, wielka produkcja i decyzje podejmowane ponad jej głową.
I o tym, że po latach nie wystarczy powiedzieć „czuję się winny”. Zwłaszcza jeśli w tym samym zdaniu pada „nie żałuję”.
