Wystarczyło kilka zdań wypowiedzianych pewnym tonem. Trochę obcych nazwisk, trochę błysku w oczach, garść opowieści o klinikach i znajomościach. A potem najważniejsze – diagnoza, rzucona wprost, bez badań, bez dokumentów, często w miejscach, w których nikt nie spodziewa się medycznych dramatów. Tak działał człowiek przedstawiający się jako „hrabia Zdzisław Myszkowski”. Miał rzekomo leczyć nowotwory, a kobietom wmawiał, że uratuje je tylko „terapia” z nim. I wiele z nich w to wierzyło.
Kim był „hrabia Myszkowski” i jak zbudował swoją legendę
Według opisywanej historii, za arystokratyczną maską stał Zdzisław M. – spawacz z Pruszkowa. Miał opowiadać, że jest onkologiem, ginekologiem, właścicielem klinik onkologicznych w Genewie, Madrycie i Sewilli, a między nimi przemieszcza się własną awionetką. Dorzucał też „wisienki” dla wiarygodności: zamek nad Loarą, znajomości z gwiazdami i ludźmi Kościoła.
To brzmiało jak bajka, ale podane odpowiednim głosem i w odpowiednim momencie potrafiło działać jak hipnoza.
„Diagnozował” na dworcach i lotniskach. Rak miał być wszędzie
Schemat był podobny. Pojawiała się kobieta, rozmowa, a później dramatyczne zdanie: że widzi u niej nowotwór, najczęściej raka trzustki albo jajników. Czasem miał twierdzić, że potwierdzi to „po spojrzeniu w oczy”, czasem sugerował, że objawy są oczywiste, nawet jeśli kobieta ich nie miała.
W tej historii najgorsze jest to, że strach działa szybciej niż rozsądek. Kiedy ktoś ci mówi „to rak”, w głowie zostaje tylko jedno pytanie: „co mam zrobić, żeby przeżyć?”.
„Terapia” za 1,3 tys. zł. Warunek: orgazm
Najbardziej bulwersujący element tych relacji to sposób, w jaki mężczyzna miał łączyć „leczenie” z przemocą i manipulacją. Według opisu, proponował „kuracje” w promocyjnej cenie 1,3 tys. zł, a warunkiem „powodzenia terapii” miał być orgazm.
To nie była medycyna. To było żerowanie na lęku, na niewiedzy, na podatności, którą potrafi wykorzystać ktoś bez skrupułów.
19-latka, ślub na Wawelu i 200 tys. euro, których nigdy nie było
Jedna z historii dotyczyła 19-letniej Darii, którą mężczyzna poznał w galerii handlowej. Miał ją oczarować opowieścią o sobie, szybko zamieszkać z nią i jej rodzicami, a potem snuć wizję ślubu na Wawelu i ceremonii, której miałby udzielić kardynał. Padały kwoty, które miały robić wrażenie, między innymi 200 tys. euro.
Jednocześnie pojawiał się stały motyw: „karty zablokowane”, „problemy z płatnością”, prośby o „drobne kwoty”. Z zewnątrz brzmi to jak syrena alarmowa. W środku manipulacji często wygląda jak „chwilowy pech bogatego człowieka”.
Gdy pojawiały się wyniki badań, znikał z pieniędzmi
W opisie tej sprawy powtarza się coś, co wiele mówi o mechanizmie działania. Kiedy pojawiały się wątpliwości albo gdy kobiety dostawały wyniki badań, z których wynikało, że nie są chore, mężczyzna miał po prostu zniknąć.
A potem wracał gdzie indziej, pod innym nazwiskiem, z tą samą historią, tylko lekko poprawioną, żeby pasowała do nowej „ofiary”.
Zatrzymanie na krakowskim Rynku. Miał być złapany „w trakcie”
W pewnym momencie policjanci mieli zatrzymać go w Krakowie – według relacji, dosłownie wtedy, gdy opowiadał kolejne „medyczne” historie następnej kobiecie.
W tej historii przewija się też wątek wyroku dla Darii – miała usłyszeć karę w zawieszeniu – oraz kary więzienia dla Zdzisława M., która nie zakończyła jego „kariery”. Po wyjściu z więzienia miał wrócić do dawnych metod.
Nowe nazwisko, ta sama bajka. „Marek Ronkowski” i aplikacja, która miała leczyć falami
Po odbyciu kary mężczyzna miał posługiwać się inną tożsamością – w relacjach pojawia się nazwisko Marek Ronkowski. Opowiadał o klinikach, diagnozach na odległość i aplikacji, która rzekomo leczy za pomocą fal radiowych.
Wciąż wracał też stary motyw: brak pieniędzy „na już”, pożyczki „na paliwo do awionetki”, noclegi „u znajomych”, życie kompletnie niepasujące do opowieści o bajecznym bogactwie.
„Bajecznie bogaty”, a mieszka w schronisku. I mimo to potrafił przekonać
Jedna z opisanych historii dzieje się we wrocławskim schronisku młodzieżowym. Studentka miała usłyszeć, że „widzi” u niej początki raka, choć sama nie zgłaszała takich objawów. Zadała logiczne pytanie: jak to możliwe, że ktoś, kto lata po Europie i ma kliniki, nocuje w schronisku?
Odpowiedź też była „legendą”, podszytą emocją i tragedią. Taki ruch często domyka manipulację – bo zamiast faktów pojawia się opowieść, której nie wypada kwestionować.
Ta sprawa boli nie tylko przez pieniądze
W tej historii pieniądze są ważne, ale najgorsze jest coś innego: wmawianie choroby, wpychanie w panikę, odbieranie poczucia bezpieczeństwa i granic. Strach przed rakiem potrafi sparaliżować. A jeśli ktoś umie go uruchomić jednym zdaniem, może zrobić z człowiekiem bardzo dużo.
To dlatego takie sprawy zostają w pamięci na długo. Bo pokazują, jak łatwo „autorytet” może być tylko kostiumem, a pewność siebie – narzędziem przemocy.
