To jedna z tych informacji, na które nigdy nie jesteśmy przygotowani, nawet jeśli dotyczą osoby w podeszłym wieku. W sobotę, 29 listopada, media potwierdziły śmierć Piotra Wierzbickiego — dziennikarza, publicysty, działacza opozycji w PRL i twórcy „Gazety Polskiej”. Odszedł w piątkowy poranek, w wieku 90 lat. Dla wielu środowisk to koniec epoki.
Wierzbicki należał do tych autorów, których nie dało się zaszufladkować. Był jednocześnie surowy i poetycki, przenikliwy i bezlitosny w ocenach, a przede wszystkim — konsekwentnie niezależny. Jego odejście domyka niezwykle szeroki rozdział w historii polskiego dziennikarstwa i życia intelektualnego.
Rok pełen pożegnań. 2025 zabrał wiele wielkich nazwisk
Trudno nie zauważyć, że tegoroczna jesień rozpoczęła się w cieniu smutnych wiadomości. Polska kultura żegnała już Barbarę Rylską, Jadwigę Jankowską-Cieślak, Stanisława Soykę, Joannę Kołaczkowską, Tomasza Jakubiaka czy Andrzeja Zauchę. Każde z tych nazwisk niosło kawałek historii — a dziś do tego grona dołącza postać kluczowa dla intelektualnego życia ostatniego półwiecza.
Wierzbicki nie należał do show-biznesu, ale jego znaczenie było równie silne. Był głosem, który potrafił wprawić w ruch całą dyskusję publiczną — czasem jednym felietonem, czasem jednym ostrym zdaniem.
„Traktat o gnidach” i lata odwagi. Kim naprawdę był Piotr Wierzbicki?
Jego życiorys to podręcznikowy przykład człowieka, który nigdy nie bał się konsekwencji swoich słów.
Wierzbicki urodził się w 1935 roku w Warszawie. Z wykształcenia filolog, przez chwilę nauczyciel, bardzo szybko wciągnięty w świat literackiego buntu. Już w latach 50. publikował eseje i teksty o muzyce, a później związał się m.in. z „Tygodnikiem Powszechnym”.
Przełomem był rok 1977. W obronie represjonowanych działaczy opozycji podpisał publiczny list sprzeciwu. Zwolniono go za to z pracy — on zaś uznał, że tak właśnie powinno wyglądać życie człowieka, który nie wybiera wygodnych dróg.
W podziemiu opublikował legendarny „Traktat o gnidach”. Bezkompromisowy tekst wywołał ogromny rezonans. Nie bał się nazwać rzeczy po imieniu, nie bał się pytać, dlaczego środowiska intelektualne w PRL tak często uciekały w konformizm. To był strzał w punkt. Wielu mówi do dziś, że takie pióro pojawia się raz na pokolenie.
Po 1989 roku Wierzbicki nie zniknął z życia publicznego. Wręcz przeciwnie — wszedł w nie z rozmachem. Był redaktorem naczelnym „Nowego Świata”, a w 1993 roku założył gazetę, która w kolejnych dekadach wyznaczała ramy politycznego dyskursu — „Gazetę Polską”. Kierował nią przez 12 lat, tworząc środowisko, które do dziś ma ogromny wpływ na konserwatywną część sceny medialnej.
Jednocześnie był kimś więcej niż publicystą politycznym. Kochał muzykę klasyczną, potrafił pisać o niej z pasją i precyzją, której wielu profesjonalnych muzykologów mogłoby mu pozazdrościć. Jego eseje literackie budowały most między sztuką a codziennością. Był członkiem PEN Clubu i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
Całe jego życie łączyło w sobie trzy elementy: niezależność, ciekawość i odwagę.
Zmarł w wieku 90 lat. „Jeden z najostrzejszych, ale i najuczciwszych głosów”
Informacja o jego śmierci pojawiła się w sobotę rano i szybko rozeszła się w mediach. Wiadomo, że Piotr Wierzbicki zmarł dzień wcześniej, 28 listopada. Nie podano szczegółów dotyczących przyczyn.
W środowisku dziennikarskim natychmiast pojawiły się słowa hołdu. Zaangażowani w opozycję lat 70., ludzie kultury, muzycy, eseiści — wszyscy mówili o nim w podobnym tonie: „człowiek bez strachu i bez fałszu”.
Trudno o bardziej trafną charakterystykę. Jego pisanie bywało ostre jak brzytwa, ale nigdy nie było puste. Niósł w nim coś więcej niż opinię — niósł odpowiedzialność.
Jego teksty zostają, dlatego nie odszedł na zawsze
Śmierć Piotra Wierzbickiego to strata, którą odczuje każda osoba śledząca polską debatę publiczną, niezależnie od własnych poglądów. Był jednym z tych autorów, którzy zmuszają do myślenia — nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy.
Jego dorobek wciąż krąży: w bibliotekach, w księgarniach, w cytatach. Jest żywy, bo Wierzbicki pisał nie po to, by przypodobać się epoce, ale by sprawdzać jej rzeczywistą temperaturę.
A takie pisanie nie starzeje się nigdy.
