James Van Der Beek nie żyje. Aktor, którego twarz kojarzy całe pokolenie widzów „Jeziora marzeń”, zmarł w wieku 48 lat. Rodzina przekazała informację w poruszającym oświadczeniu, a w tle wraca temat jego ciężkiej choroby, o której mówił publicznie dopiero niedawno.
James Van Der Beek nie żyje. Rodzina przekazała krótkie oświadczenie
Wiadomość o śmierci aktora pojawiła się w środę, 11 lutego 2026 roku. Na oficjalnym profilu w mediach społecznościowych opublikowano rodzinny komunikat, w którym podkreślono spokój ostatnich chwil i to, że Van Der Beek do końca trzymał fason.
„Nasz ukochany James David Van Der Beek odszedł w spokoju dziś rano”.
W dalszej części oświadczenia rodzina zaznaczyła, że aktor „spotkał swoje ostatnie dni z odwagą, wiarą i godnością”, prosząc jednocześnie o uszanowanie prywatności. Według informacji przytaczanych przez media, Van Der Beek zostawił żonę Kimberly i sześcioro dzieci: Olivię, Joshuę, Annabel, Emilię, Gwendolyn i Jeremiaha.
Rak jelita grubego w trzecim stadium. Zmagał się z ciężką chorobą
Dla wielu fanów to właśnie wątek zdrowia brzmi dziś najmocniej. Aktor wcześniej ujawnił, że choruje na raka jelita grubego, a w 2024 roku mówił o diagnozie w trzecim stadium. Z komunikatów wynika, że rodzina nie podała oficjalnej przyczyny zgonu, ale kontekst walki z chorobą jest oczywisty i trudny do pominięcia.
W ostatnich miesiącach Van Der Beek coraz rzadziej pojawiał się publicznie. Gdy już zabierał głos, robił to w swoim stylu, bez melodramatu, z naciskiem na rodzinę, wiarę i wdzięczność za wsparcie.
„Jezioro marzeń” dało mu globalną rozpoznawalność
Dla popkultury lat 90. James Van Der Beek był przede wszystkim Dawsonem Leerym, bohaterem „Jeziora marzeń”. Serial, który budował emocje nastolatków i młodych dorosłych na przełomie lat 90. i 2000., wyniósł go na szczyt rozpoznawalności i na długo przykleił mu łatkę „ikony tamtej dekady”.
To była rola, która z jednej strony dawała sławę na całym świecie, a z drugiej potrafiła zamknąć aktora w jednym wizerunku. Van Der Beek próbował uciekać od tej szuflady, podejmował kolejne projekty, grał w filmach i serialach, czasem w rolach lżejszych, czasem bardziej charakterystycznych. Ale dla wielu widzów i tak zawsze zostanie twarzą serialu, który oglądało się „po szkole” i który definiował wrażliwość tamtych czasów.
Cisza po newsie i fala wspomnień fanów
Gdy tylko informacja o śmierci obiegła internet, ruszyła typowa fala, najpierw niedowierzanie, potem wspomnienia scen, odcinków, cytatów. W przypadku Van Der Beeka działa to szczególnie mocno, bo jego serialowa postać była dla widzów kimś więcej niż bohaterem, była „głosem epoki”, emocjonalnym pamiętnikiem lat 90.
Dziś, w wieku 48 lat, odszedł człowiek, którego rozpoznawał prawie każdy, kto dorastał w tamtych czasach. I nawet jeśli ktoś nie oglądał „Jeziora marzeń”, to nazwisko Jamesa Van Der Beeka i tak przewijało się w kulturze, memach, popkulturowych odniesieniach, telewizji.
Smutek po tej wiadomości jest więc nie tylko o aktorze. Jest też o kończącej się symbolicznie epoce.
