To ostatnie nagranie Edwarda Linde-Lubaszenki. Wiedział, że to koniec
(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

Informacja o śmierci Edward Linde-Lubaszenko przyszła 8 lutego. Rodzina potwierdziła, że wybitny aktor i pedagog zmarł w wieku 87 lat. Wraz z tą wiadomością wróciły słowa, które wypowiedział kilka miesięcy wcześniej. Padły w rozmowie z magazynem „Rewia”, gdy kończył karierę aktorską. Wtedy były lekkie, niemal żartobliwe. Dziś brzmią zupełnie inaczej.

(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

„Jestem na ostatniej prostej” – aktor nie udawał, że czas nie istnieje

We wrześniu, po ukończeniu 86 lat, Linde-Lubaszenko zdecydował się zakończyć karierę. Nie robił z tego wydarzenia. W wywiadzie dla „Rewii” mówił wprost, że ma pełną świadomość swojego wieku i etapu życia. Był to ostatni wywiad jakiego udzielił.

(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

„Jestem na ostatniej prostej. Zdaję sobie z tego sprawę i nie mam zamiaru się z tym spierać” – mówił w rozmowie.

Nie było w tym ani patosu, ani dramatyzowania. Była trzeźwa ocena sytuacji. Aktor podkreślał, że nie chce żyć w iluzji wiecznej aktywności. Wolał sam zdecydować, kiedy zejść ze sceny.

Pieniądze, testament i zaskakująca szczerość

Najmocniejsza część rozmowy dotyczyła spraw, o których artyści zwykle mówią niechętnie. Linde-Lubaszenko odniósł się do pieniędzy, długów i tego, co zostawi po sobie. Zrobił to w swoim stylu – z ironią i spokojem.

(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

„Gdy już będę czuł, że nadchodzi ten czas, to pozamykam różne bankiety w restauracjach. Po co to zostawiać? Żeby inni później bankietowali?” – mówił. Chwilę później dodał coś, co dziś jest najczęściej przywoływanym fragmentem wywiadu. „Skoro ja mogę jeszcze sam dobrze zahulać i to za swoje, to nie będę sobie żałować” – tłumaczył.

Była to wypowiedź półżartem, ale sens był bardzo czytelny. Aktor nie planował gromadzić majątku ani budować materialnego pomnika po sobie.

„Chcę wyjść z czystą kartą”

W „Rewii” padło też zdanie, które dziś brzmi niemal jak gotowy epitafium. Linde-Lubaszenko mówił o odejściu bez zobowiązań i bez długów.

„Żadnych długów. Nigdzie i u nikogo. Chcę wyjść stąd z czystą kartą” – podkreślał. I zaraz potem dodał, już zupełnie serio: „Wiem, że pójdę do nieba, więc muszę mieć czystą kartę, żeby mnie tam wpuścili. Nic po sobie nie zostawię”.

To zdanie, rzucone wtedy z uśmiechem, dziś nabiera zupełnie innego ciężaru.

Paradoks słów: „nic”, które oznacza bardzo wiele

Mówiąc, że nic po sobie nie zostawi, aktor miał na myśli rzeczy materialne. Tymczasem jego dorobek artystyczny jest ogromny. Zagrał w ponad 70 filmach, ponad 110 spektaklach teatralnych i dziesiątkach przedstawień Teatru Telewizji. Widzowie pamiętają go z ról w takich produkcjach jak „Psy”, „Chłopaki nie płaczą”, „Sztos”, „Poranek kojota” czy „E=mc²”. Był mistrzem ról charakterystycznych. Często drugoplanowych. Zawsze wyrazistych.

Ostatnie słowa, które zostają

W 1991 roku otrzymał nominację profesorską, a w 2024 roku został uhonorowany Złotym Krzyżem Gloria Artis. Jednak w środowisku mówiono o nim przede wszystkim jako o nauczycielu. Wywiad dla „Rewii” był jednym z ostatnich publicznych wystąpień Edwarda Linde-Lubaszenki. Dziś czyta się go inaczej. Już nie jak rozmowę z aktorem kończącym karierę. Raczej jak świadome pożegnanie człowieka, który wiedział, kiedy powiedzieć „dość”. Mówił, że nic po sobie nie zostawi. A jednak zostawił bardzo dużo – role, pamięć i słowa, które teraz wybrzmiewają najmocniej.