Internet miał być przestrzenią wolności i szybkiej wymiany informacji. Coraz częściej staje się jednak polem twardej walki o to, kto ma prawo stawiać granice, a kto ma je egzekwować. W Polsce spór o regulacje cyfrowe właśnie wszedł na poziom, na którym kończą się deklaracje, a zaczynają realne konsekwencje – także finansowe.
- Czytaj też: Nawrocki przyszedł na spotkanie i zdębiał. Niebywałe jak go potraktowano. Takiego ciosu się nie spodziewał
Internet pod lupą instytucji. Napięcie narasta
Od kilku lat w Europie rośnie presja, by uporządkować zasady funkcjonowania platform internetowych. Argument jest powtarzany odmieniany przez wszystkie przypadki: ochrona użytkowników, zwłaszcza najmłodszych. Po drugiej stronie stoją obawy o nadmierną ingerencję państwa i ryzyko działań, które w praktyce mogłyby ograniczać debatę publiczną.
W tle mamy prosty fakt: coraz młodsze osoby korzystają z sieci, a platformy społecznościowe stały się codziennym środowiskiem życia – szkołą, podwórkiem i telewizorem w jednym. To sprawia, że spór o internet przestaje być dyskusją branżową. Zaczyna dotyczyć każdego domu.
Dzieci, algorytmy i odpowiedzialność platform
Najwięcej emocji budzi bezpieczeństwo dzieci i młodzieży. Zwolennicy ostrzejszych regulacji wskazują na realne ryzyka: kontakt z treściami brutalnymi, przekazami nienawiści, materiałami o charakterze seksualnym czy dezinformacją. Podkreślają też rolę algorytmów, które wzmacniają to, co przyciąga uwagę, nawet jeśli jest toksyczne.
Krytycy ripostują, że nowe mechanizmy mogą w praktyce oznaczać automatyczne blokowanie treści i tworzenie systemu, w którym o granicach wypowiedzi decyduje administracja lub prywatne firmy, działające pod presją kar.
W centrum zostaje pytanie, którego nikt nie omija: kto ma prawo wskazać, co jest „szkodliwe”, a co jest po prostu opinią.
Pozew, weto i groźba konsekwencji finansowych
Ten spór w Polsce przybrał bardzo konkretny kształt. Komisja Europejska skierowała skargę przeciwko Polsce do Trybunału Sprawiedliwości UE w związku z brakiem wdrożenia przepisów wynikających z Aktu o usługach cyfrowych (DSA). Kluczowy zarzut dotyczy niewyznaczenia koordynatora ds. usług cyfrowych, który miałby odpowiadać za nadzór nad stosowaniem regulacji.
W przekazie medialnym pojawiła się wypowiedź rzecznika Komisji Europejskiej Thomasa Regniera:
„Właśnie dlatego niedawno pozwaliśmy Polskę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z powodu nieumocowania Koordynatora Usług Cyfrowych.”
Zgodnie z przywoływanymi informacjami DSA nakłada na bardzo duże platformy internetowe, przekraczające próg 45 mln aktywnych użytkowników w UE, obowiązki dotyczące m.in. moderowania treści, przeciwdziałania mowie nienawiści i dezinformacji oraz większej przejrzystości reklam, w tym politycznych. Polska znalazła się w grupie pięciu państw objętych skargą, a niekorzystny wyrok TSUE może oznaczać kary finansowe.
Sytuację dodatkowo zaogniło weto prezydenta Karola Nawrockiego wobec ustawy wdrażającej DSA do polskiego prawa. Prezydent uzasadniał tę decyzję obawą przed administracyjną cenzurą i nadmierną ingerencją w wolność słowa. Z kolei wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski argumentował, że konsekwencje weta uderzą w bezpieczeństwo najmłodszych:
„Weto wystawia dzieci na żer internetowym predatorom.”
Sprawa szybko przestała być wyłącznie polskim sporem. Decyzję prezydenta pochwaliła również administracja USA. Ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce Tom Rose napisał w mediach społecznościowych:
„Prezydent Nawrocki zasługuje na wielkie uznanie za zawetowanie ustawy wdrażającej karny i antyamerykański akt o usługach cyfrowych.”
Resort cyfryzacji zapowiedział, że do końca stycznia podejmie decyzję o dalszych krokach. Ale niezależnie od tego, co wydarzy się dalej, jedno jest już widoczne: regulacje internetu stały się areną, na której ścierają się ochrona dzieci, wolność słowa, kompetencje instytucji i polityka międzynarodowa. A stawką – obok wartości – mogą być też bardzo wymierne pieniądze.
