Jeszcze chwilę temu wyglądało to jak kolejna polityczna burza wokół jednego wpisu i jednej decyzji. Dziś widać, że temat zaczyna wychodzić poza polskie podwórko. Po tym, jak ambasador USA w Polsce Thomas Rose ogłosił zerwanie kontaktów z marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym, pojawił się pierwszy głos wprost z Kongresu Stanów Zjednoczonych – i co ważne, ze strony Republikanów. To sygnał, że sprawa przestaje być wyłącznie lokalnym sporem, a staje się kłopotem wizerunkowym dla amerykańskiej dyplomacji.
Don Bacon jako pierwszy w Kongresie: „czas na nowego ambasadora”
Republikański kongresmen Don Bacon jako pierwszy publicznie wezwał do wymiany ambasadora USA w Warszawie. W krótkim, ale mocnym komunikacie napisał, że nadszedł czas na nową osobę na tym stanowisku. W jego przekazie chodzi o jedno: ambasador w kraju sojuszniczym powinien utrzymywać profesjonalne relacje z kluczowymi przedstawicielami władz – niezależnie od ich poglądów i bieżących sporów.
- Czytaj także: Dopiero co Czarzasty trafił na „czarną listę” USA, a tu coś takiego. Niebywałe co zrobił Pałac Prezydencki
Bacon jest politykiem kojarzonym z umiarkowanym skrzydłem Partii Republikańskiej. W przeszłości krytykował również część decyzji i styl prowadzenia polityki zagranicznej przez administrację Donalda Trumpa, zwłaszcza wtedy, gdy pojawiały się wypowiedzi podważające rolę sojuszników NATO. W kontekście Polski jego stanowisko brzmi jak ostrzeżenie: ten konflikt nie powinien wchodzić na poziom, który będzie rozsadzał dyplomatyczne standardy.
Byli dyplomaci USA krytykują Rose’a. W tle słowo, które w dyplomacji brzmi jak wyrok
Do krytyki dołączają także doświadczeni, byli amerykańscy dyplomaci. Ich komentarze są wyjątkowo jednoznaczne: publiczne zerwanie kontaktów z marszałkiem Sejmu uznają za poważny błąd i zachowanie nieprofesjonalne.
Loading tweet...
— USAmbPoland (@USAmbPoland) February 7, 2026
Pojawiają się różne akcenty, ale wspólny mianownik jest czytelny. Jedni zwracają uwagę, że ambasador nie może wybierać sobie rozmówców w kraju, który jest sojusznikiem w NATO. Inni przypominają podstawową zasadę dyplomacji: rozmawia się także z tymi, z którymi się nie zgadza – właśnie po to, by unikać eskalacji i kryzysów.
W komentarzach padła też sugestia skrajna: że polski rząd mógłby uznać ambasadora za persona non grata. To w dyplomacji sformułowanie, które brzmi jak granica nie do przekroczenia, bo oznacza praktycznie konieczność wyjazdu i poważny kryzys.
Od czego zaczęła się awantura: Nobel dla Trumpa i reakcja Czarzastego
Iskrą, od której wszystko się zaczęło, była kwestia polityczna z pozoru poboczna – sprawa wniosku o Pokojową Nagrodę Nobla dla Donalda Trumpa. Włodzimierz Czarzasty miał odmówić poparcia tej inicjatywy i publicznie krytykować politykę Trumpa, wskazując na osłabianie instytucji międzynarodowych oraz styl działania oparty na sile i transakcyjności.
W odpowiedzi ambasador Thomas Rose ogłosił zerwanie kontaktów z marszałkiem Sejmu. To posunięcie w Polsce wywołało falę komentarzy, bo dotyczyło jednego z najważniejszych urzędników w państwie.
Wątek wojsk USA w Polsce dolał oliwy do ognia
Największe kontrowersje wzbudził jednak nie sam gest zerwania kontaktów, ale sugestie, że w tle może pojawić się temat ograniczenia obecności wojsk USA w Polsce. Ten element został odebrany jako gra na bezpieczeństwie i nacisk polityczny, a w polskiej debacie natychmiast wywołał reakcję, bo dotyka realnego filaru sojuszu.
Premier Donald Tusk apelował o szacunek w relacjach, podkreślając, że Polska nie potrzebuje pouczania. Z kolei po stronie amerykańskiej pojawiały się odpowiedzi, które zamiast uspokajać, jeszcze bardziej podkręcały spór.
Eskalacja szkodzi obu stronom. Sojusz jest większy niż jeden konflikt, ale koszty są realne
Ta historia pokazuje, jak łatwo w epoce mediów społecznościowych dyplomacja może wpaść w tryb kryzysowy. Jedna decyzja zakomunikowana publicznie wystarcza, by uruchomić reakcję łańcuchową: politycy, byli ambasadorowie, komentarze w Polsce i w USA, a na końcu pytanie, czy ambasador działał samodzielnie, czy realizował szerszą linię polityczną.
Milczenie Departamentu Stanu i Białego Domu tylko podkręca spekulacje. A gdy w grę wchodzi bezpieczeństwo i wiarygodność sojusznicza, nawet pozornie „poboczny” spór może zostawić ślad – zwłaszcza jeśli zaczyna żyć własnym życiem w Kongresie.
