Polska przekaże Ukrainie wszystkie myśliwce MiG-29. Decyzja już podjęta: „Postanowione”
(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

Najpierw była cisza i niedopowiedzenia, potem coraz więcej sygnałów z wojska, a teraz padło zdanie, które zamyka etap spekulacji. Polska ma przekazać Ukrainie kolejną partię myśliwców MiG-29. Powód ma być prozaiczny i jednocześnie brutalnie praktyczny: rosnące problemy z częściami zamiennymi do tych maszyn oraz przyspieszająca modernizacja naszych Sił Powietrznych. W tle pojawia się też element, który dziś elektryzuje wojskowych bardziej niż same samoloty: know-how związany z ukraińskimi dronami.

(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

Kolejne MiG-29 dla Ukrainy. „Decyzja została podjęta”

Informację o ruchu rządu ujawnił wiceminister obrony Paweł Zalewski w wywiadzie dla programu TVP World „On the Record”. Jak przekazał, „decyzja [rządu] została podjęta”, a po tej deklaracji zaczęły się już rozmowy stricte techniczne z ukraińskim resortem obrony.

(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

Z tego, co wynika z podanych informacji, nie chodzi o symboliczne dwie sztuki, tylko realną partię sprzętu. Pierwszy rzut ma obejmować „mniej niż dziesięć” maszyn, czyli w praktyce do dziewięciu MiG-29. Omawiane mają być kwestie logistyki, konserwacji i samego transferu.

To ważny szczegół, bo MiG-29 to nie paczka, którą wrzuca się na ciężarówkę. Przy takim sprzęcie liczy się każdy etap – od dokumentacji, przez przygotowanie techniczne, po sposób przekazania i późniejszy serwis.

(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

Dlaczego Polska chce oddać MiGi. Modernizacja wygrywa z sentymentem

W przekazie pojawia się jasne uzasadnienie: utrzymanie MiG-29 staje się coraz trudniejsze, a Polska równolegle przechodzi na nowsze platformy. W tekście pada argument o rosnących problemach z dostępem do części zamiennych oraz o planowanych dostawach nowych samolotów.

W praktyce wygląda to jak klasyczny moment przełomu w armii: stare maszyny „dochodzą do ściany” kosztowej i logistycznej, a nowe zaczynają przejmować zadania. Wskazywane są tu nowocześniejsze samoloty – F-16, FA-50 i F-35 – które mają wypełniać lukę po wycofywanych MiG-29.

W tle pada też ważna liczba: według ministra obrony Władysława Kosiniaka-Kamysza Polska ma jeszcze około 14 sprawnych MiG-29. To pokazuje skalę: jeśli pierwsza partia miałaby wynieść do dziewięciu maszyn, to mówimy o ruchu, który wyraźnie zmienia układ sił w naszej flocie „tu i teraz”.

Ile MiG-29 trafiło już do Ukrainy i co Polska ma jeszcze w hangarach

W tekście przypomniano, że pierwsze polskie MiG-29 pojawiły się na Ukrainie w drugiej połowie marca 2023 roku, a kolejne w kwietniu 2024 roku. „Na dobry początek” miały to być cztery maszyny, a obecnie na Ukrainie może być ich około 14.

To o tyle istotne, że temat przekazywania MiG-ów wraca falami. Najpierw pojawia się dyskusja, potem warunki, potem konkretna decyzja. Tym razem powrót tematu ma wiązać się z tym, że Polska zmienia swoją flotę, a MiG-29 – nawet po modernizacjach – pozostaje konstrukcją, której utrzymanie w długiej perspektywie jest coraz bardziej problematyczne.

W samym źródle pojawia się też porządek liczbowy dotyczący polskiej historii MiG-29. Polska miała łącznie 40 takich myśliwców, ale do niedawna w użyciu było 29 maszyn. Pozostałe – jak opisano – to samoloty od lat nieremontowane i niemodernizowane, część jako eksponaty muzealne, a część jako maszyny szkoleniowe.

Sprawne MiG-29 stacjonują w 23 Bazie Lotniczej w Mińsku Mazowieckim oraz w 22 Bazie Lotniczej w Malborku. Wspomniano też, że eksponaty muzealne można zobaczyć m.in. w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie i w Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie.

Dlaczego Ukraina tak mocno zabiega o MiG-29. W tle słowa Zełenskiego o pilotach

W tekście podkreślono, że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski wielokrotnie mówił o strategicznym znaczeniu MiG-29 dla ukraińskich sił powietrznych. Pada też zdanie, które mocno ustawia perspektywę:

„Problemem nie jest brak samolotów, ale brak pilotów”.

Zwrócono uwagę, że ukraińscy piloci mogą natychmiast operować na MiG-29 bez dodatkowego szkolenia, inaczej niż w przypadku nowoczesnych F-16, których opanowanie ma zajmować od 8 miesięcy do półtora roku. W warunkach wojny i codziennych walk brzmi to jak brutalna kalkulacja: maszyna musi pasować do ludzi, których masz tu i teraz, a nie do planu na piękny, spokojny rok.

To też tłumaczy, czemu MiG-29 – choć „stare” – wciąż jest dla Ukrainy realną wartością.

Wymiana nie tylko sprzętu. Polska ma dostać know-how dronowe

Najciekawszy element tej historii nie dotyczy wcale samego lotnictwa, tylko tego, co ma przyjść „w zamian”. Według przedstawionych informacji Ukraina udostępni Polsce know-how z zakresu ukraińskich dronów. Podkreślono, że to właśnie bezzałogowce okazały się kluczowe na polu bitwy, a Ukraina stała się liderem innowacji dronowych, rozwijając zarówno tanie, jak i wojskowe bezzałogowce do precyzyjnych ataków i rozpoznania.

Wspomniano także, że negocjacje mają obejmować również technologie rakietowe. Jeśli ten fragment rozmów faktycznie stanie się elementem porozumienia, to nie będzie wyglądało jak zwykłe „oddajemy sprzęt i koniec”. Bardziej jak twarda, strategiczna transakcja: my przekazujemy maszyny, które dla nas stają się coraz trudniejsze w utrzymaniu, a w zamian dostajemy doświadczenie i rozwiązania, które w nowoczesnym konflikcie potrafią ważyć więcej niż jeden samolot.

I to jest właśnie ten wątek, który z punktu widzenia polskiej modernizacji może mieć największą „wartość dodaną”. Drony – ich taktyka, produkcja, użycie, odporność na zakłócenia – to dziś temat, który interesuje nie tylko wojsko, ale też przemysł, uczelnie, firmy technologiczne i cały sektor obronny.

MiG-29 w Polsce to nie tylko historia. Były modernizacje, ale granice są realne

W tekście przypomniano, że część MiG-29 przeszła modernizacje w latach 2004-2005. Maszyny miały dostać m.in. nowe systemy nawigacji, odbiorniki GPS, krajowy system identyfikacji swój-obcy, cyfrowy pulpit sterowania oraz urządzenie ostrzegania o opromieniowaniu wiązką radarową.

Dalsze prace miały mieć miejsce w 2013 roku: pojawiły się nowe interfejsy, komputery do misji operacyjnych oraz radiostacja z systemem kodowania.

To brzmi jak porządny pakiet zmian, ale modernizacja ma swoje granice. W pewnym momencie zaczyna wygrywać proste pytanie: czy jeszcze opłaca się „ciągnąć” konstrukcję, która powstała w zupełnie innej epoce, skoro i tak budujesz flotę na nowszych platformach?

Ten ruch wpisuje się w szerszy mechanizm. Stare odchodzą, nowe wchodzą, a wojna przyspiesza wszystko

Gdy państwa modernizują armie, zwykle wygląda to podobnie: starszy sprzęt stopniowo znika z pierwszej linii, a jego miejsce zajmują nowsze konstrukcje. Wojna sprawia tylko, że ten proces dzieje się szybciej, a decyzje przestają być „na kiedyś” i stają się „na już”. Stąd właśnie takie historie – o wycofywaniu, przekazywaniu, negocjowaniu warunków i liczeniu, co daje realną przewagę.

W tym przypadku dodatkową warstwą jest technologia dronowa. Bo nawet jeśli dla wielu czytelników najważniejsze są same myśliwce, to w praktyce to drony i ich rozwój stają się dziś jednym z najbardziej pożądanych kierunków w obronności. To temat, który naturalnie przyciąga uwagę – i długo nie zniknie z debaty, bo dotyka bezpieczeństwa, modernizacji i pieniędzy, które idą za zamówieniami oraz produkcją.