Historia Zuzanny i Ewy zaczęła się od rozwodu rodziców. Po decyzji sądu obojgu ograniczono władzę rodzicielską, a dziewczynki – mające wtedy zaledwie dziesięć lat – trafiły do państwowej placówki opiekuńczej. Dziś mają szesnaście lat i od sześciu lat próbują wrócić do domu, dlatego ich dramatyczny apel do sądu i prokuratury wywołał tak silną reakcję w sieci.
- Przeczytaj też: Marta Nawrocka wyznała kto tak naprawdę jest ojcem Daniela. Plotki okazały się prawdą
Reportaż programu „Państwo w Państwie” wraca do tej sprawy, ponieważ wokół decyzji sądu narosło wiele pytań.
„Wyprowadzali je jak przestępców”
Moment odebrania dzieci z domu do dziś budzi emocje. Jedna z sąsiadek wspomina, że interwencja wyglądała „jak wyprowadzanie przestępców”, choć chodziło o dwie dziesięcioletnie dziewczynki. Babcia podkreśla, że gdy siostry nie chciały wyjść, wezwano dodatkowych funkcjonariuszy, a w efekcie przy dzieciach pojawiło się czterech policjantów.
Od tamtej chwili siostry przebywają w placówce. Twierdzą, że zostały pozbawione dzieciństwa, ponieważ decyzja sądu odcięła je od codziennego życia rodzinnego. Jednocześnie podkreślają, że mają dom, mamę i babcię, do których chcą wrócić. Mówią też o silnym lęku przed ojcem, dlatego sprzeciwiają się próbom odbudowy relacji.
Spór o „manipulację”
Ojciec miał twierdzić, że negatywne nastawienie córek jest wynikiem manipulacji ze strony matki. Jednak rodzina stanowczo temu zaprzecza. Babcia zwraca uwagę, że przez sześć lat dziewczynki praktycznie nie miały kontaktu z mamą, więc – jej zdaniem – trudno mówić o bieżącym wpływie.
W mediach społecznościowych siostry publikowały nagrania, ponieważ chciały zwrócić uwagę opinii publicznej na swoją sytuację. Opisywały krzyki, wyzwiska i przemoc psychiczną w placówce. Co więcej, mówiły o rozłące z rodziną, która – jak podkreślają – działa na nie destrukcyjnie. Jedna z nich przyznała, że w najtrudniejszym okresie sięgnęła po alkohol i narkotyki, ponieważ nie radziła sobie z napięciem.
Wniosek babci odrzucony
Babcia złożyła wniosek o ustanowienie jej rodziną zastępczą, ponieważ – jak argumentowała – ma doświadczenie zawodowe i stabilne warunki mieszkaniowe. Przez 26 lat pracowała jako pielęgniarka dziecięca, a więź z wnuczkami określa jako bardzo silną. Mimo to sąd i prokuratura uznały, że byłoby to „niecelowe i sprzeczne z dobrem dzieci”.
W sprawie pojawił się również wątek stanu zdrowia matki. Sąd powoływał się na opinię psychologiczną i diagnozę choroby afektywnej dwubiegunowej, natomiast rodzina oraz pełnomocnik kobiety twierdzą, że nie ma podstaw do takich wniosków. Według nich dokumentacja medyczna nie potwierdza zarzutów.
„Sąd nie chciał nas wysłuchać”
Zuzanna i Ewa relacjonują, że podczas ostatniej rozprawy zostały wyproszone z sali, a sąd nie zdecydował się ich wysłuchać. Postępowanie toczy się z wyłączeniem jawności, dlatego szczegóły decyzji nie są publicznie znane.
Dziewczęta wkrótce osiągną pełnoletność, jednak do tego czasu pozostają w systemie instytucjonalnej opieki. Ich historia rodzi pytania o funkcjonowanie systemu ochrony dzieci, ponieważ decyzje podejmowane w imię „dobra dziecka” nie zawsze są przez nie same akceptowane.
Choć instytucje działają w oparciu o opinie biegłych i przepisy, to jednak pojawia się pytanie, czy w tej sprawie nie zagubiono indywidualnej perspektywy konkretnych osób. Sprawa bliźniaczek pokazuje, że w zderzeniu z procedurą emocje i potrzeby nastolatek mogą zejść na dalszy plan.
Źródło: polsatnews.pl
