Na przełomie lat 80. i 90. Freddie Mercury miał świadomość postępującej choroby. Jednocześnie nie godził się na to, by ostatni etap działalności Queen był oceniany przez pryzmat współczucia. Dlatego zamiast wyciszenia wybrał intensywną pracę w studiu. Nawet wtedy, gdy zdrowie wyraźnie go ograniczało, naciskał na nagrywanie nowego materiału. Właśnie w takich okolicznościach powstał album „Innuendo”, dziś uznawany za jedno z najważniejszych dokonań zespołu.
Muzyka zamiast litości
Od początku było jasne, że Mercury nie chce sentymentalnego pożegnania. Zależało mu na tym, aby płyta broniła się wyłącznie jakością kompozycji. Co więcej, oczekiwał od zespołu pełnego zaangażowania, mimo że tryb pracy musiał być dostosowany do jego kondycji. Sesje odbywały się nieregularnie, jednak każda z nich miała jasno określony cel. To podejście wpłynęło na charakter całego albumu i jego wewnętrzną dramaturgię.
„Nie chcę, żeby kupowali płyty Queen ze współczucia.”
Te słowa dobrze oddają sposób myślenia Freddiego w ostatnim etapie pracy nad nowym materiałem.
Montreux jako punkt wyjścia
Pierwsze szkice utworów powstawały w studiu Mountain w Montreux. To tam pojawiły się zalążki kompozycji „Innuendo” oraz „Headlong”. Część materiału początkowo była rozważana w kontekście projektów solowych. Sytuacja zmieniła się w momencie, gdy Mercury zaśpiewał robocze wersje. Wtedy zapadła decyzja, by przekazać piosenki zespołowi. Od tego momentu prace nabrały jednoznacznie zespołowego charakteru.
Nagrania podporządkowane zdrowiu wokalisty
Większość sesji zarejestrowano w 1990 roku w londyńskim Metropolis Studios. Freddie Mercury nagrywał wokale wyłącznie wtedy, gdy pozwalał mu na to stan zdrowia. Intensywne dni pracy przeplatały się z dłuższymi przerwami. Mimo tego zespół zachowywał spójność wizji i konsekwentnie dopracowywał aranżacje. Taki rytm wymagał cierpliwości, ale jednocześnie pozwalał wracać do materiału z dystansem.
Zaskakująco dobra atmosfera w studiu
Choć sytuacja była trudna, nagrania nie przebiegały w napięciu. Przeciwnie, muzycy po latach podkreślali twórczą koncentrację i dobrą energię w studiu. Skupienie na muzyce pozwalało oderwać się od codziennych problemów. Szczególnie widoczne było to przy pracy nad utworem tytułowym, który rozwijano etapami. Właśnie dzięki temu możliwe było dopracowanie nawet najbardziej rozbudowanych pomysłów.
„Co dziwne, pracowaliśmy nad tym albumem w znakomitych nastrojach. Taka metoda pozwoliła nam dopracować pomysły.”
Tak ten okres zapamiętał Roger Taylor, odnosząc się do atmosfery panującej podczas sesji.
Ryzykowny singiel, który się opłacił
Wytwórnia obawiała się wyboru „Innuendo” na pierwszy singiel. Utwór uznano za długi i zbyt wymagający dla radia. Zespół nie zmienił jednak zdania, ponieważ kompozycja najlepiej oddawała ambicje całej płyty. Ostatecznie ryzyko się opłaciło. Singiel trafił na pierwsze miejsce brytyjskiej listy przebojów, co było pierwszym takim sukcesem Queen od czasów „Under Pressure”.
„The Show Must Go On” jako moment kulminacyjny
Zamykający album „The Show Must Go On” stał się jednym z najbardziej symbolicznych utworów w historii zespołu. Kompozycja była wyjątkowo wymagająca wokalnie, co budziło obawy w studiu. Brian May przygotował nawet wersję demonstracyjną. Gdy jednak przyszło do nagrania, Mercury nie dopuścił do kompromisów.
„Głos Freddiego był tu lepszy niż kiedykolwiek wcześniej.”
Tak Brian May wracał do tamtej sesji, podkreślając jej wyjątkowy charakter.
Ostatni obraz i pożegnanie z fanami
Szczególną wymowę ma teledysk do „These Are the Days of Our Lives”, zrealizowany w 1991 roku. Ze względu na stan zdrowia Mercury’ego zdecydowano się na czarno-białą stylistykę. W ostatnim ujęciu wokalista zwrócił się bezpośrednio do fanów. Gest był prosty i pozbawiony patosu. Dla wielu stał się jednym z najbardziej poruszających momentów w historii rocka.
„I still love you.”. Te słowa zamknęły jego ostatnie publiczne wystąpienie.
Dziedzictwo albumu „Innuendo”
„Innuendo” pozostaje dowodem na pełną kontrolę artystyczną Freddiego Mercury’ego do samego końca. Nie ma tu litości ani tanich wzruszeń. Jest konsekwencja, ambicja i dbałość o formę. Album nie opowiada o chorobie, lecz o determinacji i pracy w studiu. To pożegnanie było dokładnie takie, jakie Mercury chciał zostawić po sobie.
