Karol Nawrocki wchodził do siedziby Polskiego Komitetu Olimpijskiego w roli gościa, który ma domknąć przekaz o wspólnocie. Miało być świątecznie, z kolędami, z uśmiechem, z symbolicznym gestem jedności środowiska sportowego. Ale to nie przemówienia zagrały w piątek najmocniej. Najgłośniej wybrzmiały… puste krzesła.
Puste miejsca, które powiedziały więcej niż oficjalne słowa
„Kolędowanie Rodziny Olimpijskiej” z udziałem prezydenta brzmiało jak wydarzenie, na którym zwyczajnie nie wypada nie być. Tymczasem w sali zabrakło wielu osób z najwyższego szczebla PKOl. Z osiemnastu członków prezydium pojawiła się tylko niewielka część. Nieobecni byli m.in. Leszek Blanik, Tomasz Chamera, Otylia Jędrzejczak, Marian Kmita, Adam Korol, Cezary Kulesza, Henryk Olszewski, Rafał Tataruch i Maja Włoszczowska.
To nie wyglądało jak seria przypadkowych kolizji w kalendarzach. W środowisku sportowym takie absencje czyta się jak komunikat. Prosty, bezpośredni, bez potrzeby dopisywania komentarza.
Prezydent w środku sporu, którego nie da się już przykryć oprawą
Wizyta Karola Nawrockiego miała rangę państwową, ale też wywołała wrażenie, że PKOl wciąga politykę do własnej wewnętrznej gry. W takich sytuacjach liczą się detale: kto z kim rozmawia, kto stoi obok, kto daje uścisk dłoni, a kto wybiera nieobecność.
I właśnie dlatego brak wielu kluczowych postaci z prezydium wyglądał jak demonstracja dystansu. Nie tylko wobec samych władz PKOl, ale i wobec tonu, w jakim próbowano to spotkanie ustawić.
Żart, który miał ocieplić atmosferę, a podkreślił napięcie
Nawrocki postawił w wystąpieniu na lżejszą formę. Padło porównanie sportu i polityki. Z jednej strony miało być żartobliwie, z drugiej – trudno było nie usłyszeć w tym wbitej szpilki.
Prezydent mówił o konsekwencji, o pracy i o tym, że sportowcy „robią więcej, a mówią mniej”, podczas gdy politycy – odwrotnie. To zdanie w normalnych warunkach mogłoby przejść jak klasyczna, bezpieczna anegdota. Tyle że w tej sali, przy tych absencjach, zabrzmiało jak komentarz do sytuacji, której nikt oficjalnie nie nazwał.
PKOl już patrzy na 2027. I to czuć w powietrzu
W tle od dawna krążą rozmowy o przyszłości władz PKOl i wyborach planowanych na 2027 rok. Formalnie jeszcze jest czas. Nieformalnie – gra już trwa. W takich momentach każde spotkanie, każda uroczystość i każda obecność stają się częścią rozgrywki.
Bojkot „Kolędowania” można odczytać jako sygnał: część środowiska nie chce udawać, że wszystko jest w porządku. Że instytucja, która powinna spinać sport ponad podziałami, funkcjonuje dziś w warunkach wyraźnego pęknięcia.
Najmocniejszy obraz dnia: prezydent na sali, a jedności brak
Największy paradoks tego piątku polegał na tym, że wydarzenie zaprojektowane jako gest wspólnoty, stało się publicznym dowodem braku wspólnoty. Nawrocki wyszedł na mównicę, padły słowa o sporcie, pracy i wartościach. Tyle że dla wielu obserwatorów i ludzi ze środowiska najważniejszy komunikat został już wcześniej przekazany – listą nieobecnych.
I to jest ten moment, w którym nawet najbardziej dopracowana oprawa nie potrafi przykryć faktów. W PKOl konflikt przestał być kuluarowy. W piątek zobaczyli go wszyscy.
