Miała urodę, którą trudno było zignorować, i talent, który zapowiadał długą drogę. W środowisku mówiono o niej z podziwem, ale też z niepokojem – bo w życiu prywatnym potrafiła wchodzić w relacje, które od początku pachniały katastrofą. Zofia Marcinkowska, pochodząca z Wieliczki aktorka, miała wszystko, żeby zostać wielką gwiazdą. Zabrakło jednego – spokoju.
Zaczęło się od debiutu, który zachwycił, i indeksu, który przepadł
Była studentką pierwszego roku krakowskiej szkoły teatralnej, gdy dostała propozycję głównej roli w filmie „Lunatycy”. Miała 19 lat i weszła w to bez wahania. Zanim film został domknięty, przyszły konsekwencje – władze uczelni nie były zachwycone jej decyzją. Straciła indeks, ale nie wyglądała na załamaną. Szybko otworzyła się przed nią Warszawa. Do stołecznej PWST została przyjęta bez oporu.
Właśnie tam zaczęto o niej mówić jak o kimś, kto „ma to coś”. I jak o dziewczynie, która potrafi zawrócić w głowie.
Bohdan Łazuka: „Jedna z najpiękniejszych kobiet, jakie znałem”
Pierwszą wielką miłością Marcinkowskiej był Bohdan Łazuka, kolega z uczelni. Ich relacja trwała przez całe studia. On – adorowany przez studentki, ona – ta, którą wybrał. Po latach nie ukrywał, że to była dla niego ważna historia.
Wspominał ją jako kobietę o urodzie „zjawiskowej” i z wielką klasą. Przyznawał też, że bardzo cierpiał, gdy od niego odeszła – bo zrobiła to dla innego aktora, o którym w Krakowie krążyły najgorsze plotki.
Kutz ostrzegał, ale ona poszła za uczuciem
Gdy Marcinkowska trafiła po dyplomie do Starego Teatru w Krakowie, jej życie zaczęło skręcać w inną stronę. Zakochała się w Zbigniewie Wójciku, starszym od niej o osiem lat koledze z zespołu.
Kazimierz Kutz, który ją znał i obserwował, twierdził później, że próbował ją ostrzec. W jego opowieściach Wójcik był człowiekiem, za którym ciągnęły się problemy, a jego demony miały go niszczyć od środka. Z czasem – według relacji Kutza – Marcinkowska zaczęła się do tego świata dopasowywać. Coraz bardziej. Coraz szybciej.
Awantury, przemoc, milczenie. Kraków o tym mówił, ona żartowała
O tym, co działo się w ich mieszkaniu, miało mówić pół miasta. Aktorka – jak wynika z relacji osób z otoczenia – przychodziła do teatru posiniaczona, ale nie chciała skarg ani litości. Zamiast tego rzucała żarty, sugerując, że potrafi się bronić.
Z zewnątrz wyglądało to jak związek, który spala wszystko dookoła: ludzi, reputacje, pracę, zdrowie. A przede wszystkim ją.
Noc 8 lipca 1963 roku. Dwie śmierci i pożegnalny list
Sedno tej historii nie kryje się w plotkach ani w teatralnych kuluarach. Jest w dacie: 8 lipca 1963 roku.
Tego wieczoru – według relacji – doszło do kolejnej awantury. W pewnym momencie Wójcik miał rzucić się na Marcinkowską z pięściami. Ona odepchnęła go, a on upadł i uderzył głową. Później pojawia się najbardziej poruszający fragment opowieści – przytoczony przez Igę Cembrzyńską, która przyjaźniła się z aktorką.
„Zamachnął się na nią, ona mu oddała, on upadł i uderzył się w głowę, a ona – przekonana, że go zabiła, odkręciła gaz. Zostawiła pożegnalny list: ‘Nie mogę bez niego żyć’. Podobno on jeszcze żył, gdy ona umierała.”
Następnego dnia koledzy z teatru, zaniepokojeni ich nieobecnością na próbie, poszli do mieszkania. Znaleźli ciała obojga. Sekcja wykazała, że zmarli wskutek zatrucia gazem.
„Nie pogodziłam się nigdy”. Po latach zostały wspomnienia i pustka

Cembrzyńska mówiła po latach wprost, że śmierć Marcinkowskiej była dla niej szokiem, z którego długo nie potrafiła się podnieść. Podkreślała, że Zofia była zdolna, śliczna, miała przed sobą przyszłość. I że odeszła zdecydowanie za wcześnie.
Z czasem wyszło na jaw także coś jeszcze: pochodzenie aktorki, o którym wcześniej prawie nikt nie mówił. Dopiero po jej śmierci ujawniono, że jako małe dziecko była Niemką porzuconą na Rynku Głównym w Krakowie, a następnie adoptowaną przez doktora Włodzimierza Marcinkowskiego.
Ta historia ma wiele warstw, ale kończy się zawsze tak samo: w jednym mieszkaniu, w jednym dramacie, w jednej dacie, która na zawsze została w pamięci tych, którzy ją znali.
Jeśli potrzebujesz wsparcia
Jeśli ten temat dotyka Ciebie lub kogoś bliskiego, warto poszukać pomocy. W Polsce w sytuacji zagrożenia życia dzwoń pod 112. Można też skorzystać z całodobowego Centrum Wsparcia pod numerem 800 70 2222.
