To nie było pożegnanie „z fleszami”, tylko cicha, mocna scena domykająca pewną epokę polskiej kultury. Tłumy przyszły oddać hołd Edwardowi Linde-Lubaszence, ale najbardziej zapadł w pamięć detal, obok którego nie dało się przejść obojętnie.
- Czytaj też: Tragiczne wieści gruchnęły nagle. Legia Warszawa w żałobie. Śmierć legendy zszokowała wszystkich
Kraków pożegnał aktora bez nadęcia, ale z ogromnym ciężarem emocji
Ostatnia droga Edwarda Linde-Lubaszenki na Cmentarzu Rakowickim nie przypominała spektaklu. Raczej – jak opisywali uczestnicy – była domknięciem pewnej ery w teatrze i kinie. Jeszcze zanim rozpoczęło się nabożeństwo, przed kościołem ustawiła się kolejka do księgi kondolencyjnej. Wpisy nie brzmiały jak oficjalne formułki. Były jak urywki wspomnień, które zostają w człowieku na lata.
W środku, obok trumny, ustawiono zdjęcie aktora. To właśnie ono przyciągało wzrok – charakterystyczny uśmiech i spojrzenie, w którym była i klasa, i dystans. Obok pojawiły się odznaczenia i wieniec od ministerstwa, ale ludzie częściej zatrzymywali się przy kwiatach od bliskich. Bo to one mówiły najwięcej.
„Kochanemu dziadkowi i tacie”. Szarfa, która zatrzymała wszystkich
Wśród szarf i wieńców szczególnie wybrzmiał napis:
„Kochanemu dziadkowi i tacie”
To jedno zdanie zderzało wielką karierę i setki ról z czymś zupełnie prywatnym. Przypominało, że za nazwiskiem znanym z ekranu był po prostu człowiek, za którym ktoś będzie teraz tęsknił w codzienności – przy stole, w rozmowie, w zwykłym milczeniu.
Olaf Lubaszenko zabrał głos. Bez patosu, po ludzku
Wśród najbardziej poruszających momentów wymieniano krótkie wystąpienie syna aktora, Olafa. Podziękował wszystkim za przybycie, ale bez „gotowych” zdań i bez teatralnej nuty. W jego słowach – jak to opisano – było raczej zmęczenie smutkiem i wdzięczność za prywatne gesty wsparcia, a nie oficjalne kondolencje.
Nekrolog, który zatrzymał ludzi. Dwa nazwiska obok siebie
Największe emocje wywołał jednak widok przy kościelnej tablicy ogłoszeń. Obok księgi kondolencyjnej pojawiły się dwa nekrologi – jeden Edwarda Linde-Lubaszenki, drugi Bożeny Dykiel. Ta przypadkowa bliskość nazwisk miała działać jak zimny prysznic.
Dwie klepsydry obok siebie uświadomiły wielu osobom, że w krótkim czasie polska kultura żegna kolejne wielkie postaci. W tekście podkreślono też, że pogrzeb Bożeny Dykiel ma się odbyć następnego dnia.
Pożegnanie „starej daty”. Elegancja bez krzyku
Edward Linde-Lubaszenko – jak go opisano – dożył 85 lat i nie budował pozycji skandalami. Jego pogrzeb miał być dokładnie taki, jak jego aktorstwo: elegancki, ale bez zbędnego patosu. I chyba dlatego to pożegnanie tak mocno wybrzmiało – nie głośnością, tylko ciszą i detalami, które trafiają prosto w serce.
