Magik na zawsze został w polskiej kulturze jako artysta, który mówił wprost – o lęku, o wstydzie, o miłości, o tym, co w człowieku pęka po cichu. Minęły lata, a jego twórczość wciąż wraca w rozmowach, cytatach, wspomnieniach. Tym razem jednak w centrum nie jest kolejna rocznica ani legenda sceny, tylko głos osoby, która znała go najbardziej prywatnie. Justyna – żona Piotra „Magika” Łuszcza – po latach opowiedziała o ich relacji, o początku jak z filmu i o codzienności, która bywała piękna, a potem coraz trudniejsza.
„Poznaliśmy się w Mega Clubie”. Wspomnienie, które wciąż ma w sobie iskrę
Justyna w swoim wspomnieniu wraca do pierwszego spotkania w Katowicach – bez wielkiej otoczki, bez legendy, po prostu: chłopak, który wyróżniał się w tłumie i od razu przyciągał uwagę. Opisuje go tak, jak widzi się człowieka na początku – zanim dojdą problemy, zmęczenie, ciężar codzienności. Jest w tym coś bardzo ludzkiego, bo jej opowieść nie brzmi jak historia „o gwieździe”. Brzmi jak historia o kimś, kto był ekstrawagancki, niebanalny i magnetyczny, a ona – jak sama mówi – poczuła to natychmiast.
- Zobacz także: Nagłe ogłoszenie Nawrockiego – Tusk nawet nie zdążył dojechać do Pałacu. Pilna decyzja prezydenta
„To była miłość od pierwszego wejrzenia. Poznaliśmy się osiem lat temu w katowickim Mega Clubie na imprezie rockowej. Wtedy miał długie włosy i kolczyki, wyglądał ekstrawagancko” – wspomina Justyna.
Miłość, która miała tempo Magika: hałdy o świcie, pikniki i pomysły bez zapowiedzi
W jej słowach najmocniej wybrzmiewa to, że z nim „działo się” cały czas. Nie tylko w muzyce. Także w zwykłym życiu. Justyna opowiada o spontaniczności, o rzeczach, które dla jednych byłyby dziwne albo męczące, a dla niej były częścią ich wspólnego świata. Spacer o szóstej rano, nagły pomysł na piknik, ten rodzaj energii, który potrafi porwać, ale potrafi też wyczerpać, kiedy człowiek żyje w ciągłym napięciu i emocjach.
„Nigdy się z nim nie nudziłam. Wpadał o szóstej rano: ‘Idziemy na spacer na hałdy’. Albo: ‘Ładna pogoda, piknik trzeba zrobić’” – wspomina.
W tej historii pojawiają się też drobne szczegóły, które budują obraz bliskości: praca przy jego dredach, te „bajkowe” fragmenty, w których wszystko wydaje się proste – jakby wystarczyło, że są razem, a reszta nie ma znaczenia. To opowieść o zakochaniu, które potrafi przykryć cały świat.
Kiedy bajka zaczyna pękać. Separacja, myśl o rozwodzie i zdanie, które zostało z nią na lata
Justyna nie udaje, że było tylko pięknie. Mówi o momencie, w którym relacja zaczęła się komplikować na serio, a ona podjęła decyzję o separacji i rozważała rozwód. W tej części jej opowieści nie ma sensacji. Jest trudny, prywatny ciężar – taki, którego nie da się opowiedzieć w jednym zdaniu i którego nie da się ocenić z zewnątrz. Jest też fragment, który brzmi jak coś, co Magik mógł powiedzieć równie dobrze w rozmowie, jak i w tekście – zdanie o konsekwencjach, o tym, że gesty rozchodzą się dalej niż myślimy.
„Odpowiedział: ‘Wiesz, że każdy nasz czyn ma ogromny wpływ na cały świat?’” – mówi Justyna.
„Dobro – uśmiech, podanie ręki – rozchodzi się jak fala. Zło tak samo” – dodaje.
Życie po stracie. „Ja już mam faceta” i sposób, którego nie da się nikomu narzucić
Najbardziej przejmujące w jej wypowiedzi jest to, jak opowiada o żałobie. Bez patosu, ale też bez wygładzania. Mówi o bólu i gniewie, o próbach znalezienia pomocy i o tym, że nie wszystko do niej pasowało. Ten fragment uderza, bo pokazuje zderzenie człowieka w żałobie z „procedurą” – kiedy ktoś próbuje ci poukładać życie według schematu, a ty jesteś w środku czegoś, co nie ma instrukcji obsługi.
„Czuję, że jest. Z początku wpadałam w doły, był gniew. Chodziłam do psychiatry i do psychologa. (…) Na dziesiątym spotkaniu kazali mi wymyślać cechy przyszłego partnera. Jakbym szła spotkać kogoś na dyskotece! Podziękowałam za terapię: ‘Ja już mam faceta!’” – wyznała Justyna.
W jej słowach pojawia się też motyw snów i poczucia, że relacja nie zniknęła całkowicie, tylko zmieniła formę. Dla jednych to będzie niezrozumiałe, dla innych – bardzo bliskie. W żałobie ludzie chwytają się tego, co działa. A ona mówi wprost, że dla niej tym „łącznikiem” są właśnie sny.
„Dzieli nas coś, ale nie ma bariery nie do ominięcia. Noce spędzamy razem. Spotykam go w snach” – dodaje.
Syn Magika i codzienność, w której wciąż widać jego cień
Justyna opowiada też o synu Filipie i o tym, jak w dziecku potrafi wracać ojciec – w zachowaniu, w humorze, w drobnych reakcjach. To jeden z tych fragmentów, które chwytają za gardło, bo pokazują, że strata nie jest „wczoraj” ani „dawno temu”. Ona jest w codzienności. W zdaniach dziecka. W gestach, których nikt nie planuje.
„Filip wie, że to tata. (…) Powiedziałam mu: ‘Jak będziesz duży, pójdziesz do przedszkola’. To przestał jeść. ‘Jak nie będę jadł, nie urosnę’” – wspomina Justyna.
Na końcu zostaje obraz relacji, która była jednocześnie czuła i skomplikowana, pełna światła i ciężaru. I choć od tamtych wydarzeń minęły lata, z jej słów przebija jedno: dla niej Piotr nie jest „zamkniętym rozdziałem”. Jest kimś, kto wciąż w pewien sposób jest obecny – w pamięci, w snach, w synu, w tym, jak układa jej się serce, kiedy wraca do tych historii.
